piątek, 21 lipca 2017

Jak złowić okonia na spinning - technika opadu.

Pisząc ten tekst na swoim blogu wędkarskim, przypominam sobie siebie jako piętnastolatka, zaczynającego przygodę ze spinningiem. Wędkarstwa uczył mnie mój tato, jednakże nasze poczynania dalekie były pod względem techniki i taktyki łowienia od tego, co mogłem wyczytać w wędkarskiej prasie. Gdy w okresie początków zabawy z przynętami gumowymi coraz częściej natrafiałem na wyrwane z kontekstu opisy typu "łowienie z opadu" czy "technika opadu", zastanawiałem się z czym to się je i jak łowić tym sposobem okonie na spinning.



Słowem wstępu

Wiem, że temat było dużo razy wałkowany w prasie czy interesie, ale pisząc w skrócie, często były to poradniki w moich oczach nie kompletne, gdzie początkujący wędkarz, nie bardzo potem umiał się odnaleźć z tą wiedzą nad wodą. Swojej całej wiedzy nie przekażę (zresztą nie czuję się też jakimś guru), ale chcę chociaż postawić mały drogowskaz, który będzie pomocny dla mniej doświadczonych kolegów i odpowie na pytania, które ja sobie kiedyś sam zadawałem.



Początki z okoniami na gumę

Poniżej przedstawiam Wam okonia złowionego na dość dużą gumę, w momencie gdy wróciłem gdzieś w wieku licealnym do spinningu. Czym go złowiłem? Jest to spinning do 50g. marki Browning, stary, rozpadający się kołowrotek Jaxona z niedziałającym hamulcem, żyłka 0,25mm, a przynętą był jakiś większy ripper Dragona. Innymi słowy zestaw, którym żaden współczesny okoniarz raczej by nie łowił. Ja jednak wyciągałem dzięki niemu ładne garbusy, ale przyznam szczerze, że trochę z przypadku; po prostu brałem kiedyś jedno pudełko z kilkoma gumami 10-12cm, które uzbrajałem w główki 5-7gr i szedłem na ryby. To były najpiękniejsze czasy, kiedy miałem tego sprzętu malutko, a fajnie łowiłem. Tak się też wzięła miłość do garbusów, kiedy szczupaki okazywały się ładnymi okoniami, które skuszone do brania na takim zestawie były już słusznych rozmiarów. Dlatego jak widzicie, nigdy nie zacząłem od klasycznego, polskiego paprochowania. Kij nie był szybki, a połączony z rozciągliwą żyłką, niestety nie pokazywał dobrze tego co się dzieję z przynętą, ale ryby siadały na niego pewnie i też miałem bardzo mało spadów. Z czasem jako samouk rozwijałem się technicznie (popełniając oczywiście wiele błędów), a co za tym idzie kupując nowy sprzęt i o nim początkowo pozwolę sobie opowiedzieć.


Stary sprzęt i ładny okoń na spinning.

Wklejka czy normalny spinning ?

Chcąc z czasem łowić okonie na spinning celowo, zainwestowałem w pierwszą "okoniówkę". Był to stary Cormoran, którego można przypisać do wklejanek. O dziwo miał ciepłe, progresywne ugięcie i naprawdę przyjemnie mi się nim łowiło. Pierwszy raz widziałem wtedy dokładnie na szczytówce pstryknięcia okonia w opadzie, jak i to, kiedy większy garbus zassysał przynętę powolnie ją wyginając. Jego wadą była jednak spora waga, jak i słabe wyważenie. Niestety jednak, wiele pozycji z katalogów polskich producentów tego typu kijów, charakteryzuję się delikatną wklejaną szczytówka, w zestawieniu ze sztywnym, słabo pracującym pod rybą blankiem. Takie zestawienie powinno raczej charakteryzować wędki sandaczowe, niż narzędzie do holowania pasiaków z kruchym pyskiem. Gdy technologia opracowywania mat grafitowych poszła do przodu, a tym samym kije stały się relatywnie tańsze, na rynku pojawiły się w rozsądnych pieniądzach wędziska bez owych protez (również z czułym szczytem), które przede wszystkim charakteryzowały się bardziej progresywnym ugięciem. Następnym aspektem przejawiającym za klasycznym spinningiem podczas forumowych debat jest to, że bodźce dochodzące do dłoni wędkarza będą lepiej odczuwalne i nie zaburzane przez protezę na szczycie. Jest w tym część prawdy, jednakże tutaj znaczenie mają inne rzeczy takie jak: rodzaj maty grafitowej, grubość ścianek blanku, to jaką linką łowimy oraz czy jest to monoblank czy dwuskład. Jakieś tuby rezonansowe to dla mnie mit, bardziej czułości szukałbym w doborze odpowiedniego blanku ; ). Ja ogólnie wypracowałem sobie taki chwyt wędki podczas jigowania, że palec wskazujący mam wyprostowany i trzymam go na blanku. Dlatego lubię, gdy fore grip (korek nad uchwytem kołowrotka) mi na to pozwala.

Moja pierwsza okoniówka

w połączenie ze starym kołowrotkiem, również Cormorana.

Biorąc pod uwagę duże zalety klasycznych wędzisk, nie uważam, że wklejanki są wyłącznie dla osób mniej zaawansowanych (choć z pewnością ułatwią początkującym naukę), tylko każdy powinien dobrać sobie odpowiednie narzędzie pod swoje warunki i upodobania, a nie to co jest modne. Wklejka jakby nie patrzeć zawsze będzie najlepszym sygnalizatorem wzrokowym, co przy słabym żerowaniu ryb jest nad wyraz pomocne, a klasyczny spinning narzędziem dużo bardziej uniwersalnym i kompletnym w oczach wielu wędkarzy. Sugeruję jednak gdy chcemy zdecydować się na "protezę", żeby omijać raczej konstrukcję polskich producentów, a znaleźć coś z fajniejszym ugięciem. Na szczęście takie pozycje na rynku pojawiają się coraz częściej, a popularne wklejki od smoka będą powoli odchodzić do lamusa. Wklejanką, którą uginając w sklepie wędkarskim zrobiła na mnie duże wrażenie, jest kij Daiwy Trout Area Comancder, który naprawdę pięknie, progresywnie siada pod obciążeniem, jak i mocniejsza Inazuma Flash Perch od Mikado, która sam posiadam i wyciągnęła mi naprawdę sporo okoni oraz przyłów dużego szczupaka ubiegłej jesieni.


Typowy okoń z Motławy

Szczupak 90cm z zeszłej jesieni i Mikado Inazuma Flash Perch

Czym kierować się wybierając odpowiedni kij ?

Najważniejszym aspektem podczas wyboru okoniowego kija do metody opadu jest jego szczytówka, która decyduje o tym, jakimi gramaturami i wielkościami przynęt będziemy mogli operować. Tutaj też, pojawia się pułapka - jeżeli ktoś chce kij pod gramatury przykładowo 2-5gr, to powinien wziąć pod uwagę jeszcze jedną rzecz, a mianowicie wielkość przynęty, ciężar samej gumy oraz jej kształt - sporo osób na forach internetowych zadaję pytanie: "jaki kij pod takie i takie gramatury główek?". Przykładowo guma 5cm i 10cm, będą stawiały inny opór w wodzie przy tej samej gramaturze, a dodając do tego jeszcze jej kształt i cięzar, wartość ta ulega dość znacznej zmianie. Kupując kij do 7gr, najczęściej nie posłuży nam do prawidłowego podbicia z nadgarstka większych gum, mimo relatywnie małej masy główki jigowej (zabraknie dynamiki na szczycie) i tym samym pozostanie nam samo operowanie korbką kołowrotka.  Idąc tym tropem, możemy zakupić kij, który będzie miał mniej finezyjną szczytówkę i większą moc (twardsza szczytówka zwiększy zakres gramatur i wielkości gum), jednakże odbiję się to na gorszym czuciu mniejszych "cukiereczków", dlatego musimy odpowiedzieć sobie na pytanie, czym najczęściej będziemy łowili.


Pierwszy dzień testów Microflexa.

Nowocześni spinningiści przyzwyczaili się jednak do ciętych kijków i nie lubią wędzisk wolniejszych, o cieplejszym ugięciu. Czy to dobrze? Moim zdaniem nie do końca. Fakt, że przy agresywniejszym prowadzeniu przynęt bez akcji własnej typu jaskółki, przyda nam mniej spolegliwa szczytówka, jednakże ja wolę kije głębiej pracujące i zapewniające lepszy i przyjemniejszy hol. Niektórzy z konstruktorów pomyśleli, o połączeniu sztywności przy jigowaniu i potem progresji przy holu. Budżetową pozycją, która to w miarę spełnia jest DAM Microflex (którym sam łowię), ale jeżeli mam możliwość zabrania jednoskładu, łowię Elitką 8lb, od St.Croix, która jest moim zdaniem wzorem okoniówki (kiedyś ją dokładniej opiszę). Tak czy inaczej taki rodzaj wędek jest według mnie najlepszym rozwiązaniem i też najbardziej pożądanym przez większość osób łowiących okonie na spinning.

DAM Microflex 2,30 do 7gr.

Co do długości wędki, uważam, że jest to element najbardziej indywidualny. Z początku łowiłem kijami długimi, potem ostrożnie kupowałem kije krótsze na łódkę, a dzisiaj doszedłem do wniosku, że najlepiej łowi mi się przynętami z miękkiego plastiku, za pomocą kijów w przedziale 2,1-2,2 metra, niezależnie od miejsca. Po prostu jest to dla mnie idealna długość do animacji przynęt, a do tego oczywiście niska waga, która przekłada się na mniejsze zmęczenie nadgarstka. Przy zastosowaniu plecionki, nie będziemy musieli się również tak martwić o zacinanie ryb z większej odległości.

Mój ukochany zestaw - St. Croix Legend Elite LES70LF + Shimano Biomaster 3000.

Wybór kołowrotka

Wielu producentów kołowrotków kusi niskimi wagami swoich maszynek, które często przy japońskich konstrukcjach schodzą znacząco poniżej 200gr. Tutaj pojawia się jednak kolejna sprzętowa pułapka, bo kupując taki kołowrotek może nie wyważać nam odpowiednio wędki, tym bardziej, że te robione są teraz w większości z dzieloną rękojeścią, aby odchudzić dolnik jak i nadać modny wygląd (do tego coraz częściej pojawia się lżejsza pianka EVA). Przy krótkich kijach ten problem nie jest jednak tak widoczny, jednakże moje dwa kije, którymi najlepiej mi się jiguje, posiadają rękojeść jednolitą.  Najlepiej po prostu wybrać się do sklepu z wędką, którą będziemy najczęściej łowili i dobrać taki kołowrotek, który wyważy nam kij najbliżej rękojeści. Przy metodzie opadu ma to duże znaczenie, bo będziemy trzymali kij często na wysokości czoła i taki lecący na pysk kij, szybko zmęczy nasz nadgarstek. Nie jest to oczywiście bardzo częsty problem, bo większość kołowrotków ze średniej półki cenowej, nie jest kosmicznie lekka, a wędki są coraz lepiej skonstruowane i te 50gr marginesu błędu, nie wpłynie zbyt mocno na wyważenie.

Poprawne wyważenie wędki.


Jeżeli chodzi o same "bebechy" kręciołów, to im więcej zapłacimy, tym kołowrotek będzie po prostu lepszy. Gdy chcemy coś na wiele sezonów, warto pomyśleć o kołowrotkach made in japan, chociaż te zwyklejsze też przy lekkich okoniowaniu na dość długo nam wystarczą. Sam posiadam do okoniówek 2 maszynki: Ryobi Slam i Shimano Biomaster i je mogę polecić. Warta uwagi jest też Daiwa Ninja, którą używam do łowienia białorybu na spinning, lecz po kilku miesiącach wędkowania wystąpiły już u niej małe luzy.

Linka

Wracając do "sławnego" dylematu na temat żyłki czy plecionki, nie uważam że żyłka jest gorsza, tylko ma inne właściwości. Jest po prostu bardziej rozciągliwa, co skutkuję relatywnie gorszym czuciem przynęty i brań, ale gdy łowimy w dość dobrych warunkach atmosferycznych i dość płytko spokojnie sobie żyłeczką poradzimy. Do tego, procentowo wyciągniemy więcej okoni, które mają "kruchy" pysk; szczególnie gdy łowisku zmusza nas do łowienia na zaciśniętym hamulcu. Tutaj jednak nasuwa się pytanie czy odpowiednio zareagujemy na zacięcie, czyli innymi słowy czy wyczujemy branie. Żyłkę też zabieram ze sobą gdy wiem, że będę łowił na obrotówki, bo jednak skręcają one linki, a takiej plecionki za 100 złotych troszkę szkoda. Ogólnie jednak częściej korzystam z cienkich plecionek (im cieńsza tym lepiej wszystko czujemy), które czułością biją na głowę wszystkie żyłki i dowiązuję do nich przypon z fluorocarbonu bądź właśnie żyłki. Osobiście częściej stosuję ten drugi rodzaj monofilu. Fluorocarbon jest relatywnie też przy tej samej średnicy słabszy od żyłki i uważam, że nie potrzebne jest usztywnianie wszystkiego na siłę, a sama plecionka ową sztywność już nam zepwni (ale cóż, taka moda ;)). W sumie stosuję go obecnie tylko do drop shota i w momencie gdy łowię w jakiś kamienistych miejscach, bo ma większą odporność na uszkodzenia mechaniczne. Warto jeszcze wspomnieć o tym, że zastosowanie grubszego monofilu do cienkiej plecionki, owy opad wydłuży, a tym samym zadbamy o mniejszą widoczność naszego zestawu. Sam standardowo, do przeciętnej wielkości okoniowych przynęt, używam plecionki 0,06 i przyponu z żyłki 0,16. Dodatkowo zastosowanie tak cienkiej plecionki przy małych i średnich okoniowych przynętach, daje mi dobre czucie gdy łowię naprawdę lekko, gdzie używanie plecionek powyżej 0,10mm uważam za błąd; skutkuje to niestety zakładaniem coraz większych gramatur aby coś wyczuć, co negatywnie wpływa na prezentację przynęty. Gdy szczupaki są aktywne, niestety jesteśmy zmuszeni do używania cienkich wolframów.


Ryobi Slam i jego niezły nawój plecionki.


O czym autorzy w swoich testach nie piszą..

Moje pierwsze próby z opadem wyglądały po prostu tak, że przestawałem w pewnym momencie zwijać, po czym czekałem chwilę i podciągałem wabik dalej. W sumie wcześniej już tak robiłem, ale niekoniecznie wiązałem to z tą jakże skuteczną techniką rodem z gazet. Po prostu ta metoda, kojarzyła mi się z podbijaniem, graniem szczytówką (po lekturze tekstów), a nie zwykłym zaprzestaniem zwijania, co jest też wprowadzeniem trochę w błąd przez "elitę" polskiego wędkarstwa. Najgorsze jest chyba to, że jeżeli komuś sprawdza się jakiś odłam techniki, opisuje ją potem w samych superlatywach, co przekuwa się na to, że też powinniśmy tak łowić, a nie inaczej. A prawda jest taka, że autor często łowi tak, bo się przyzwyczaił - opiszę potem, że tak naprawdę każdy ma swój styl w tej technice (coś jak każdy piłkarz trochę inaczej uderza piłkę z rzutu wolnego). Jednakże to strasznie ogranicza, mniej doświadczone osoby. Moim zdaniem edukacja wędkarska powinna polegać, na przyswojeniu nawyków myślenia nad wodą, analizowania, niżeli pokazania tylko gotowych schematów. Dlatego ja jestem dość ostrożny, we wskazywaniu czegoś najskuteczniejszego, a próbuję raczej pokazać plusy i minusy.




Czy moje "zaprzestawanie zwijania" przełożyło się na większą ilość brań? O dziwo niekoniecznie. Z czasem zauważyłem, że w samym opadzie, przy niektórych przynętach, a podobnym obciążeniu brań nie miałem praktycznie wcale, a ryby brały mi kiedy po zaprzestaniu zwijaniu, wznawiałem tą czynność. Odpowiedź jest prosta, a mało osób piszę o tym w swoich tekstach - musimy dobrać po prostu odpowiednią gramaturę, żeby guma (ripper, twister) pracowała ogonkiem podczas pauzy w zwijaniu. Szczególnie gdy piszemy o gumach trochę większych, starszych modeli, bardziej mięsistych, z twardszego tworzywa - do nich potrzebna jest większa gramatura, poprzez ich większy opór w wodzie. Przykładowo dzisiejsze gumy typu keitech, pracują już dobrze w opadzie (z taką samą jego szybkością) z mniejszym obciążeniem! I właśnie często powinniśmy (szczególnie w miejscach płytszych) zaczynać od minimalnego obciążenia, pod którym guma odpowiednio pracuje. Warto, gdy kupimy sobie nową gumę na okonia, po prostu przy brzegu sprawdzić jak ona pracuję w opadzie przy danych gramaturach, a nie zakładać, że będzie pracować tak samo jak nasze stare przynęty. Spotkałem się z takim filmem na Youtube,w którym autor opowiada, że nawet jak coś źle pracuje w opadzie, może być atrakcyjne dla ryb, bo one to postrzegają jako nagłą zmianę pracy.. Ja wolę jednak łowić tak, aby przynęta z ogonkami kusiła w opadzie, a "spadający liść" zostawiam przynętą pozbawionym celowo pracy własnej.


Okoń z opadu na 12centymetrowego Bandita od Dragona.

Przedstawiam tutaj przynęty gumowe na okonia w różnych rozmiarach - od góry (patrząc na każde zdjęcie z osobna), te do których trzeba dać najwięcej ołowiu, aby je uruchomić w opadzie. Na pierwszym zdjęciu widać dużą łopatkę Bandita od Dragona, która jest do tego gumą bardzo twardą (jak praktycznie wszystkie z tej firmy), a na samym dole Keitech Easy Shiner z delikatnym ogonkiem. Wizualnie, już dostrzegamy, że Bandit będzie potrzebował więcej ołowiu w główce jigowej, a przy tym będzie miał dzięki szerokiem łopatce pracę dużo bardziej wyczuwalną na kiju. Teraz bardziej królują przynęty o jednak drobniejszej pracy i jest w tym moim zdaniem pewna reguła, bo w przełowionych łowiskach, jakiś czas temu były po prostu czymś nowszym, szczególnie przy zastosowaniu lekkiego uzbrojenia.. Poza tym według mnie występuje zależność, że mocna praca jest skuteczniejsza na ryby aktywnie żerujące, a tych chwil gdy garbusy intensywnie żrą jest coraz mniej, a niestety coraz więcej dłubania.


Przynęty 10-12 cm. Zaczynają podręcznikowo pracować najczęściej od 5gr. 

W przynętach mniejszych wędkarze nie mają na ogół już takiego problemu (z dobranie odpowiedniego obciążenia), bo standardowo, do małych twisterków dołączane są główki jigowe o masie przynajmniej dwóch gram, co już zapewnia poprawną pracę i szybki opad, jednakże zachęcam do spróbowania z jeszcze mniejszą gramaturą, co może często otworzyć wodę.


Przynęty 5 - 7,5 cm. Tutaj możemy już doszukiwać się odpowiedniej pracy od ok. 2gr.

Jaskółki są bezwątpienia hitem w ostatnich latach. Nawet abstrahując od pracy drobnej, czy intensywności pracy ogona, te przynęty są pozbawione całkowicie pracy własnej. Musimy ją nadać samemu, a taka podrygiwana gumka, a potem opadająca zakosami jest czymś nowszym, niż lecący pionowo w dół i machająca ogonkiem zwykły ripper. Gramatury główek, jak można się domyślić jak najmniejsze.


Jaskóły i robactwo. Tutaj daję jak najmniejsze gramatury, gdzie rzadko przekraczam 2,5 gr.


Taktyka i technika prowadzenia.

Większość osób opisuję technikę opadu, krótko mówiąc jako pukanie w dno, które sygnalizowane jest wyprostowaniem szczytówki, bądź też rozluźnieniem żyłki. Tylko problem pojawia się w momencie, kiedy ryby niekoniecznie przebywają w jego okolicach. Gdy łowimy na wodach płytkich, dajmy na to do dwóch metrów, złe zlokalizowanie ryb to w jakimś stopniu wybaczy, ale co jeżeli łowimy na metrach dziesięciu, a ryby pływają bliżej powierzchni? Dodatkowo, gdy wędkarze chcą za wszelką cenę do niego dojść, zakładając coraz większe gramatury, a to skutkuję często lecącą łeb na szyję przynętą, która niekoniecznie okoniom musi się podobać. Dużo lepszym rozwiązaniem w tym momencie jest przeprowadzenie operacji pierwszego opadu, przy otwartym kabłąku i lżejszym wabikiem, gdy już koniecznie chcemy do tego dna dotrzeć. Oczywiście kabłąk książkowo powinien być zamknięty zanim przynętą wpadnie do wody, aby zareagować odpowiednio na branie, ale jak widać są odstępstwa od reguły.

Ładnie zażarł Fish Up Tante

Co do samego łowienia okoni w toni, to najlepiej po prostu dowiedzieć się, na jakiej głębokości owe okonie przebywają (np. za pomocą echosondy, ocenić wysokość występowania skupisk drobnicy) i wykonując rzut odliczyć w myślach ile guma będzie nam lecieć na dół. Wtedy na podstawie tej prostej matematyki, w następnych rzutach możemy zacząć prowadzenie na interesującej nas głębokości. I tutaj oczywiście namawiam do lekkiego łowienia imitującego ranną rybkę, która gdzieś tam opada w toni. Swoją prawdziwą moc, jak można się domyślić pokażą jaskóły. Oczywiście klasyczne rippery i twistery również się nadadzą przy zastosowaniu odpowiednich gramatur, a jaskółami możemy równie dobrze popukać w dno. Łowienie okoni na spinning z opadu to stała kombinatoryka i niekiedy jeden drobiazg może nam otworzyć wodę.

Na początek warto jednak wspomnieć o samym trzymaniu kija. Moim zdaniem, taką wyjściową pozycją do jigowania, powinno być trzymaniu kija bardziej pionowo, aby szczytówka znalazła się na wysokości czoła wędkującego. Wtedy wszystkie podbicia będę odbywały się w jednym kierunku, czyli do góry. Im wyżej będziemy trzymać wędzisko, tym opad będzie dłuższy. Jest to też dobra pozycja do zacięcia, które będzie się odbywać w najbardziej naturalnym ruchu, w momencie jigowania, czyli ku górze. Inną odmianą łowienia okoni na gumę, jest trzymanie kija z boku; nawet można trzymać go szczytówką skierowaną ku tafli wody. Pomocna technika, gdy chcemy pod dnie po prostu szurać, czasami uatrakcyjniając prowadzenie jakiś podszarpywanimi. Tutaj musimy zacinać już do boku, żeby szybko napiąć linkę i dla mnie osobiście jest to dużo mniej komfortowe. Im niżej trzymamy kij, tym opad analogicznie będzie szybszy. Oczywiście wszystkie nienaturalne zachowania linki trzeba kwitować zacięciem (szczególnie niewdzięczne są brania, gdy okoń nam rozluźni zestaw sugerując przedwczesny kontakt przynęty z dnem), chociaż są takie sytuację, że ryba po prostu sama siądzie (szczególnie w momencie podnoszenia przynęty, a nie jej opadania) i wtedy możemy zacząć spokojny hol. Ogólnie sporo dużych ryb, po prostu zassysa pewnie przynętę co nie wygląda jak agresywne pstryknięcia na szczytówce, a powolne jej wygięcie. Ryby co dla niektórych ciekawe, są wtedy bardzo pewnie zahaczone. Czytałem też opinie, że trzeba się wstrzymać z zacięciem okonia, ale ja osobiście spinningując tnę wszystkie ryby od razu.


Przechodząc do samej techniki prowadzenia nie ma po prostu jednej najbardziej odpowiedniej. Prawda jest taka, że to co zrobimy ze szczytówką i kołowrotkiem będzie rzutować na przynętę, a to co spodoba się rybom w danym momencie zależy tylko od nich. Innymi słowy moim zdaniem jest błędne, pokazywanie jednego prawidłowego prowadzenia przynęty w opadzie, bo tych wzorców jest naprawdę wiele. Niestety wielu wędkarzy pokazuję sekwencja, do której się przyzwyczaili jako tą najskuteczniejszą. Oczywiście każdy ma swój styl, w tym też ja, ale staram się kombinować i na pewno nie pokazuję, czegoś według mnie najbardziej skutecznego, bo takich zjawisk w wędkarstwie moim zdaniem nie ma.

* Podwójne podbicie - czytając kiedyś artykuły w prasie na ten temat (teraz trochę się z tego śmieję), bo ktoś pisząc że łowi w ten sposób, może robić tą sekwencje na masę sposobów i zapewne każdy wędkarz wykonuje ją inaczej. Chodzi ogólnie o to, że gdy raz podbijemy gumę kołowrotkiem, wędziskiem, czy łącząc te dwa sposoby, po ułamku sekundy (zanim guma opadnie na dno) od razu robimy następne podbicie. Dlatego sposób na przeprowadzenie tej operacji jest naprawdę wiele! Analogicznie możemy te podbicia wykonać nawet trzy, cztery czy jedno - zależy to od inwencji twórczej wędkującego. Wizerunek toru przynęty, możemy przypisać do zębów ostrza piły.




1). Podbicie z samego kołowrotka - szczególnie polecane to typowych ripperów, twisterów z dobrze dobraną gramaturą główki jigowej. Tutaj po prostu tor podbicia przynęty i jej opadania jest bardziej płaski i przypomina często ślizg (oczywiście zależy też od tego, na w jakiej płaszczyźnie trzymamy wędzisko (szczytówkę). Oczywiście gdy zrobimy to szybciej (kołowrotkiem), to będzie troszkę wyższy. Technika, która polecana jest szczególnie początkującym, jednak dla mnie troszkę bezsensownie, bo od początku moim zdaniem warto nauczyć się operować wędziskiem (szczytówką). To tak jakby uczyć tylko jeździć samochodem z automatyczną skrzynią biegów ;)

2). Podbicie szczytówką (nadgarstkiem) i zebranie luzu kołowrotkiem - jedno z bardziej popularnych wśród wędkarzy łowiących na wodach stojących. Najpierw podbijamy gumkę samym kijek często dwukrotnie (podwójne podbicie) i zbieramy luz powstały po tej operacji kołowrotkiem. Osobiście nie lubię tej metody, ale przyznam szczerze że jest skuteczna. Jej minusem jest gorsza kontrola nad wabikiem i wymaga już większej wprawy, aby szybko i poprawnie zniwelować luz po podbiciu i nie przegapić brania z opadu, które często od razu za nim następuję.

3). Równoczesne podbicie szczytówką i kołowrotkiem - tutaj wysokość podbicia przynęty będzie najwyższa. Szczególnie polecane gdy łowimy dużymi gramaturami główek, a chcemy gumę dość wysoko podbić. W sumie to była moja pierwsza technika, od której zaczynałem łowienie z opadu. Tutaj nie będziemy mieli martwego punktu, gdy możemy przegapić branie jak w punkcie drugim. Oczywiście łowię najczęściej tym sposobem z podwójnego podbicia. Często na jeden ruch szczytówki, wychodzi jeden obrót korbką.

4). Sekwencja "jaskółkowata" - robocze określenie, mające na celu oddanie jak najczęściej prowadzę jaskółki. Tutaj na jeden obrót korbki wykonuję 2-3 podbicia szczytówką - są one raczej subtelniejsze niż w poprzednich punktach, po czym powalam na krótki opad. Innymi słowy chodzi o to, żeby zaanimować przynętę bez pracy własnej, z równoczesnym zebraniem luzu. Od razu jak ruszymy leciutko kołowrotkiem wykonuję 2-3 podszarpnięcia, gdzie ostatnie powinno się skończyć zanim dokończymy obrót korbki. Bardzo dobra technika do łowienia w toni, gdy nie mamy zamiaru czekać, aż przynęta dotknie dna. Oczywiście możemy łowić jaskółkami czy innymi robalami klasycznie, jednakże ja opisuję tutaj jeden z moich ulubionych sposobów w odniesieniu do tych przynęt.




Przestawiłem powyżej techniki, którymi ja najczęściej się posługuję, jak i wielu wędkarzy łowiących okonie na spinning. Nie chcę jednak, żeby ktoś brał je do siebie, jako podręcznik, tylko swoisty drogowskaz. Jigowanie to bardzo kreatywna metoda i sztuka kombinacji, podobnie jak taniec, tylko że my nie mamy spodobać się widzom, a trafić w gust ryb. W tekście zamiennie używam sformułowań opad czy jigawanie, jednakże czytając niedawno jeden z artykułów sławnego łowcy okoni, napisał że on jiguje, a nie łowi z opadu, bo łowienie z opadu, to tak naprawdę sandaczowanie, czyli że trzeba przywalić gumą w dno. Moim zdaniem to bzdura, bo nikt nigdy nie napisał, że przynęta zawsze musi dotknąć dna, a raczej, że przynętą ma po prostu opadać. Stąd też nazwa tej techniki. ; )

Zresztą kiedyś jak zaczynałem, większość wędkarzy po prostu ściągała gumę ze skierowaną szczytówką ku tafli wody (tak samo jak obrotówkę) i łowiła fajne ryby. Dlaczego ? Bo akurat w tych sektorach wody gdzie pracowała przynęta były ryby i widocznie danego dnia, nie potrzebowały żadnego opadu.

Te ostatnie zdanie, moim zdaniem dobrze oddaje ten tekst.
Mam nadzieję, że trochę pomogłem.

Serdeczności
B.

5 komentarzy:

  1. Super artykuł!

    OdpowiedzUsuń
  2. Huśtasz Waść na gulu tymi okoniami, oj huśtasz ! :)
    Dobrze napisane !

    OdpowiedzUsuń
  3. Witam,

    Świetny wpis. Osobiście największy problem miałem z wyobrażeniem sobie zachowania przynęty w wodzie podczas pracowania szczytówką czy kołowrotkiem. Oczywiście mniej więcej wiedziałem co się dzieję ale nie do końca byłem pewien czy dobrze to robię, Z pomocą jak zawsze przyszedł ojciec i zbiornik z przezroczystą wodą, w której świetnie było widać co i jak.

    Techniczne łowienie daje frajdę i urozmaica czas pędzony nad wodą. No i jak świetnie i profesjonalnie wyglądamy...:) Zdarzało ci się, że ludzie pytali co to za technika?

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Dzięki. Ogólnie szczerze powiedziawszy trudno ocenić, czy coś robimy źle czy dobrze w wędkarstwie, bo ryby książek nie czytają. Kto wie, czy za 50 lat wszystko o czym teraz rozmawiamy, będzie uważane za poprawne ; )

    a ludzie chyba najbardziej są zdziwienie, gdy popperem sobie pluskam ;)

    OdpowiedzUsuń