piątek, 8 kwietnia 2016

Czapka generała.

Józefa obudził budzik. Była to stara nokia. W porównaniu do nowych smartfonów wykazywała się dużą żywotnością baterii przez co na ryby był idealna. No prawie, bo nie robiła zdjęć, a to przy okazałej rybie się przydawało. Józek zbytnio nie ociągał się ze wstawaniem. Było wpół do czwartej rano, ale chodził spać przed 22, ukojając się do snu kilkoma browarami, więc obudził się wypoczęty. Były przecież wakacje, które co roku spędzał na swojej rodzinnej malowniczej wsi na pojezierzu brodnickim. Tutaj wśród tylu jezior i wspaniałej przyrody, mógł się oddawać swojej pasji przez wakacyjny okres bezgranicznie. 

Wszystko było przygotowane. Plecak spakowany, a wędki przypięte już do roweru. Trzeba było tylko popedałować z 20 minut i już się było na łowisku. Był upalny lipiec i celem Józka były piękne gruntowe płocie z wyjątkowego, głębokiego jeziora. Przejeżdżając przez wioskę i dojeżdżając do ściany lasu w głowie młodego chłopaka powstawały dziwne myśli. Od najmłodszych lat Józef interesował się zjawiskami paranormalnymi. Może akurat przyszło mu to na myśl, bo dojeżdżał do starego dębu, pod którym ponoć kiedyś odpoczywał sam Napoleon. Legenda głosiła, że w ten dąb uderzył po trzy kroć piorun, a wczasowicze odpoczywający na pojezierzu brodnickim nieraz opowiadali o dziwnych głosach i cieniach postaci w okolicach tego miejsca. Rozmyślanie dla studenta nie było jednak teraz na rękę. Chciał być na łowisku skoro świt i zdążyć podnęcić kukurydzą swój ulubiony pomost. Józef przyśpieszył.



Dojeżdżając na miejscu chłopak musiał zejść ze stromej skarpy aby wejść na pomost. Gdy zszedł z roweru i odpinał wędki z rzep przymocowanych do ramy coś usłyszał. Był zdziwiony, bo rzadko kto odwiedzał to miejsce. Nawet wędkarze nie zapuszczali się tutaj zbyt często. Nie można tu było dojechać samochodem, a w dzisiejszych czasach amatorom wędkarstwa nie chciało się taszczyć ciężkiego sprzętu przez taki kawał drogi. Na pomoście jakby słychać było trzaskające deski pod ciężarem kroków. Józek zszedł na dół trochę nieufnie bo myślał, że jego kilkudniowe nęcenie pójdzie na marne. Zobaczył jednak kaczkę pożerającą ziarna kukurydzy. Cóż, chyba podczas strzelania ziarnami z procy coś musiało wypaść i wesoło gdakający kaczor wydłubywał z pomiędzy desek żółtą kukurydzę.

Józek po zarzuceniu spławikówki siedział przez chwilę. Spławik pięknie podskoczył do góry i położył się na wodzie sygnalizując, że ryba podniosła przynętę z dna. Zacięcie, mocny opór i gra hamulca. Ryba ani na chwile nie dała się prowadzić wędkarzowi. Zrobiła długi odjazd i zaparkowała wśród zatopionych gałęzi drzewa. Żyłka 0,14 nie wytrzymała, a młody chłopak już po chwili musiał szukać w plecaku drabinki z gotowymi przyponami. Założył zestaw z grubszą żyłką i większym hakiem. Może karpie ? Słyszał tutaj już o podobnych historiach.

Studentowi zamykały się oczy, a broda opierała się o klatkę piersiową. Chyba na chwilę przysnął. Zauważył, że nagle woda uspokoiła się. Zrobiło się tak chłodno, że gdy Józek westchnął z jego ust wydobywała się para. Do tego nad jeziorem rozciągała się dziwna mgła. Rzucił okiem na wędkę. Przetarł zaspane oczy ze zdumienia. Żyłką między szczytówką, a spławikiem nie była zatopiona, ale unosiła się dobre kilkadziesiąt centymetrów nad lustrem wody. Chłopak słyszał taką historie od swojego świętej pamięci wujka, który zaobserwował podobne zjawisko podczas zbliżającej się burzy. Sam nie wiedział ile w tym prawdy, bo wujek czasami lubił nad woda pociągnąć kilka łyków z piersiówki. Józek spróbował naprężyć zestaw i utopić trochę żyłki. Wtedy poczuł opór i automatycznie zaciął. Podczas końcówki holu szukał ręką podbieraka, który po rozłożeniu zawsze kładł po swojej prawej stronie. Jednak podbieraka nie było. Postanowił schylić się i podebrać rybę ręką. Na kanapkę kukurydzy z czerwonym robakiem skusił się ładny leszcz o złocistym ubarwieniu. Gdy dostał trochę powietrza przestał już murować do dna i ładnie położył się na wodzie co umożliwiło sprawne podebranie ryby. 

Gdy Józek stał na pomoście z dwu i pół kilowym leszczem, wydarzyło się coś co do końca życia pozostało w głowie chłopaka. Nie wie czy to mu się przyśniło, zdarzyło się na prawdę czy był to głupi żart jego kolegów ze wsi. Tak czy inaczej młody student drugiego roku Historii na Uniwersytecie Gdańskim pozostał przez kilka sekund z otwartą buzią, a leszcz wypadając mu z ręki uderzył z donośnym pluskiem o wodę. Jego podbierak i siatka wisiały jakieś dwa metry nad ziemią na rozłożystych gałęziach jesionu. Nie było wiatru, nie było nikogo w pobliżu. Cała sceneria tego poranka, przeszywające zimno i ta sytuacja przeraziła Józka na poważnie. Nie wiedział co ma zrobić, więc stał tak przez chwile odrętwiały. Gdy odwrócił wzrok w kierunku wody, nagle śródleśną poranną ciszę zagłuszył charakterystyczny stukot kopyt galopującego konia. Po chwil jego dzwonek w rowerze zawdzięczał echem i przewrócił się łamiąc przy okazji jakieś gałęzie.

Józef nie wiedział jak tak szybko udało mu się spakować i dojechać do domu. Praktycznie nic z drogi powrotnej nie pamiętał. Jedyne co utkwiło mu w pamięci to to, że najechał na coś w okolicach starego dębu i prawie przez to upadł. Może to lepiej dla niego, że nie bardzo obchodziło go co to było. Gdyby ktoś szedł tą drogą zobaczyłby generalską czapkę z okresów wojen napoleońskich, która opadała wśród unoszącego się kurzu za pedałującym ze zdumiewającą szybkością młodym wędkarzem.

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Okoń po "dziecinnemu".

Ostatnio rozmawiając z moim dobrym kolegą na facebooku weszliśmy na temat łowienia drapieżników metodą którą nazwaliśmy "na pałe". Jest to nic innego jak normalne rzucanie przynętami gumowymi i zwijanie "po dziecinnemu". Bez żadnych opadów, podrygiwań szczytówką. Rzut i zwijanie. Doszliśmy do wniosku, że Tomek złowił w ten sposób sporo fajnych sandaczy, a ja okoni. Nie piszę tego, aby zachęcić wszystkich do takiego łowienia, ale po to żeby wyciągnąć wnioski czemu akurat wtedy ta technika łowienia była taka skuteczna. 

Moja przygoda ze spinningiem zaczęła się od tego, że siedząc i nudząc się z gruntówką, nagle wpadałem na wspaniałomyślny pomysł aby odciąć zestaw z koszykiem zanętowym, a założyć drut na szczupaka (i to ten chamski, zielony, gruby. Pamiętam, że w wędkarskim wisiały takie na kartonikach i były sprzedawane na sztuki) i dużą seledynową gumę bądź też Alge2. I tak sobie chodziłem wzdłuż brzegu i rzucałem pod trzciny, grążele i inne 'zielska" aby sprowokować do brania ukrywającego tam się drapieżnika. Tak to sobie wyobrażałem. Szczupak siedzi sobie w zielsku i czeka na swoją ofiarę żeby uderzyć. Oprócz szczupaków często trafiałem na okonie. I to okonie przez duże "O". Jak jakiś wziął nie była to sztuka mała. Teraz gdy zgłębiłem tajniki łowienia z opadu, jiggowania wszystkimi przynętami po kolei i na końcu Drop Shota patrząc na to z boku chyba znalazłem odpowiedź.



Przede wszystkim duże okonie, gdy są na prawdę aktywne rzadko siedzą na jakiś spadkach, dużych głębokościach. Ogólnie mówię o miejscówkach lansowanych przez autorów czasopism, którzy pływają wypasionymi łodziami, z kilkoma wędziskami i pukają o dno różnymi metoda opadu aby skusić do brania okonia. Oczywiście sam tak robię, ale próbuję złowić wtedy ryby albo o późniejszych porach roku bądź też wczesnowiosennych, bądź ryby ospałe które nie wyruszyły na płytszą wodę na żer. I o to chodzi. Od czerwca, nawet od połowy maja jak większe okonie dojdą do siebie po tarle do znacznego ochłodzenia wody wpadają skoro świt oraz wieczorami na stołówki. Po prostu mają swoje półgodziny-godzinę mocnego żerowania, gdzie przypływają na podwodne łąki aby się najeść i robią niezły kogel mogel ze stad drobnicy. Nie siedzą wtedy przy dnie, tylko pływają w toni, są aktywne, agresywne i wtedy też chcą przynęty, która będzie im uciekać, nie koniecznie udawającą dogorywającą rybkę. I tak po rzucie do wody pod jakąś roślinną przeszkodzę czekałem chwilę aby przynęta była gdzieś w połowie toni, dwa razy podrygiwałem szczytówką żeby od razu w miejscu prowokować i sobie zwijałem średnim tempem. Branie było takie, że nawet nie trzeba było zacinać. Wędką wyginała się w pewnym momencie sama. 




Do takiego łowienia używam sporych przynęt; od gum 10cm wzwyż, obrotówek 2-4 i wahadeł. I oczywiście do tego przypon stalowy na szczupaka, który w ogóle nie przeszkadza mocno żerującym okoniom. Taka taktyka jednak nie sprawdzi się zawsze. Tak jak pisałem, dobre są cieplejsze pory roku kiedy drobnica tam się gromadzi. W maju znajduje się tam sporo narybku, płoci i innego białorybu, który skończył tarło. To też działa to na naszą korzyść. Zdradzę wam, że najfajniejsze efekty miałem łowiąc w ten sposób gdy dzień zapowiadał się na naprawdę ładny. Wtedy warto być na stołówce skoro świt i wykorzystać ten krótki okres, gdzie garbate zbóje przypłyną sobie na wyżerkę. Wieczorami efekty były też, ale to nie to samo co świt.





Zachęcam zatem, aby nie koniecznie zawsze słuchać się nastawionych na marketing i sponsorowanych przez różne firmy wędkarzy, a czasem wrócić do korzeni. Połowić tak, jak zaczynało się kiedyś. Bez tony zbędnego sprzętu, luźno i z uśmiechem na twarzy. Jak za czasów naszych początków z wędką.