czwartek, 15 grudnia 2016

Mój okoniowy 16'

Wędki okoniowe leżą grzecznie schowane za szafą w pokrowcach. W sumie dawno nie byłem już na okoniach, a ostatnie grudniowe wypady były poświęcone morskim trociom, gdzie złowiłem tylko jedną krótką rybę. Dzisiaj miałem jechać na ryby, ale rozwaliłem już sobie totalnie zatoki, stąd moje dzisiejsze wypociny. Ogólnie ostatnio przeszedłem trochę w bardziej leniwy tryb i muszę trochę podładować baterię.



sobota, 26 listopada 2016

Quapeda - moja pierwsza okoniowa guma hand made.

Nie sądziłem kiedyś, że będę odlewał samemu gumy. Mało tego, że już podczas pierwszych wypadów uda mi się złowić jakieś ryby. Wydawało mi się to trudne i wymagające nakładów finansowych, a okazało się, że w domowym zaciszu da się już zaprojektować i wykonać w miarę schludne przynęty gumowe.



czwartek, 17 listopada 2016

Artykuł w WMH

Dzisiaj spełniło się jedno z moich wędkarskich marzeń, a dokładniej publikacja w poważnej prasie. Tak, więc nieśmiało zapraszam do lektury na zimny listopadowy wieczór. Artykuł znajduje się na stronie 40stej w najnowszym numerze gazety Wędkarstwo Moje Hobby . ;)


wtorek, 1 listopada 2016

Halloween w chusteczkach - sandaczowy street fishing.

Dzisiaj taki luźny post o tym co u mnie słychać i jakieś moje "złote myśli" przy kubku gorącej herbaty i porozrzucanych chusteczek. Dopadła mnie niestety grypa i nie mogąc się zbytnio ruszyć z domu postanowiłem coś tam napisać, niekoniecznie o dużej wartości merytorycznej. Ot co, jakieś moje moje wspominki.


piątek, 28 października 2016

Co z tymi okoniami ?

Powiem szczerze, że jestem dziwnym wędkarzem. Łowię, jak inni nie łowią - a jak inni łowią, kompletnie mi nie idzie. Analizowałem ostatnio swoje wyniki, jak i innych wędkarzy, próbując znaleść złoty środek. Niestety nie znalazłem jak dotąd odpowiedzi, choć jakieś wnioski się wysnuły. Ogranicza mnie trochę zaplecze sprzętowe, przez to rozumiejąc finansowe.



środa, 19 października 2016

Mikado Specialized Drop Shot 2,20m 4-22g.

Sezon sandaczowy w pełni, więc postanowiłem przedstawić swój kij, z którym aktualnie wybieram się na sandacze łowiąc je w mieście metodą drop shot. Coraz bardziej popularne w Polsce staje się łowienie tak zwaną "delirką", a co za tym idzie producenci produkują coraz to nowsze modele przeznaczone do tej metody. Dzisiaj opiszę budżetowy kijek Mikado Specialized Drop Shot. 



sobota, 15 października 2016

Szczupakowy piździernik

Celowo nie napisałem październik, a piździernik. Jak sama nazwa wskazuje, mocno wiało na początku października. Oczywiście dla mnie niesprzyjające warunki pogodowe nie są zbyt dużym problemem (wyznaję zasadę, że nie ma złej pogody, a jest źle ubrany wędkarz), ale po prostu warunki absolutnie nie zadawały się do łowienia. Po wichurze nastał czas niechcianych przyłowów.



piątek, 30 września 2016

Jak zrobić chwost do obrotówki

Dzisiaj opiszę jak zrobić moim zdaniem skuteczny chwost do obrotówki. Oczywiście, taki sam celownik na okonie możemy wykonać w popperze, wahadłówce i innych przynętach, ale dla mnie największą robotę robi w wirówkach. Pokażę chwost, który nie zmieni pracy przynęty - będzie lekki, nie będzie stawiał oporu, a tym samym będzie wabił ryby głównie samym wyglądałem.


czwartek, 29 września 2016

Wrześniowe grubaski - jesienne drapieżniki.

Wrzesień za pasem, a mi ostatnio udało się wyrwać kilka razy nad wodę, więc wypadałoby zrobić małe podsumowanie. Tym bardziej fajnie się złożyło, że coś udało się złowić, a jakieś moje taktyki snute przy pakowaniu gratów do plecaka sprawdziły się. Nie będę dzisiaj jednak zbytnio rozwodził się na temat konkretnej metody, techniki, czy też przynęt, tylko luźno napiszę co tam ostatnio się działo.


sobota, 24 września 2016

Magia obrotówki

Dzisiejszy nowoczesny spinningista w większości przypadków używa przynęt gumowych. Ostatnio zastanawiałem się dlaczego. Pisałem niedawno, że nie ma moim zdaniem najlepszej przynęty biorąc pod uwagę np. okonia, a co dopiero techniki prowadzenia. Spinningista musi dostosować się do warunków, mówiąc w wielkim uproszczeniu. Ale chyba znalazłem odpowiedź, dlaczego mamy tylu zwolenników miękkiego plastiku - wędkarze lubią po prostu łowić z opadu. Podrygiwać szczytówką, podbijać przynęty na różnorakie sposoby i czekają na magicznego pstryka z opadu. I tutaj jest podstawowy błąd; abstrahując od sandaczy, walenie o dno często nie jest najlepszy sposobem. Mało tego, łowienie w okolicach dna, często nie jest trafioną taktyką. Dzisiaj opiszę przynęty, które posłużą nam do skutecznego obławiania toni naszych wód, choć nie tylko. 




sobota, 17 września 2016

Co czytam wieczorami

Ostatnio, kolega blogger napisał post o youtuberach, których kanały poleca, a na które nie zagląda. Wpadłem na pomysł, żeby samemu zrobić coś podobnego, tyle że o bloggerach (i tym podobnych profilach). Nie chcę oceniać nikogo negatywnie, zatem po prostu opiszę społeczność wędkarską, którą czytam oraz lubię.




piątek, 16 września 2016

Wrześniowe odkurzenie szafy.

Wrzesień sam w sobie jest dziwnym miesiącem. Piszę ten post siedząc w krótkich spodenkach, a zaraz powinna pojawić się nasza polska złota jesień. Zawsze o tej porze nachodziła mnie ta refleksja. Pamiętam jak byłem wkurzony, że mimo ładnej pogody musiałem być zaganiany we wrześniu do książek. Jeszcze bardziej wkurzenie narastało gdy podczas październikowej porannej mgły za szkolnym oknem, wyobrażałem sobie stado garbusów wypływających na polowanie mojego ulubionego jeziora. Ale zanim to epicentrum żerowania nastąpiło, trzeba było się trochę nagłówkować, żeby złapać coś konkretniejszego. I o tym dzisiaj chciałem napisać.

Moje doświadczenie zbierane na przestrzeni lat w połowie garbusów, owocuje tym, że mimo natłoku obowiązków i małej liczby wolnych godzin w miesiącu, udaję mi się coś fajnego złowić. Chyba najbardziej są za to odpowiedzialne porażki, które zabierały mój sen i zmuszały do analizowania zwyczajów okoni. Teraz, we wrześniu, nadszedł czas, gdzie można zająć po innym spinningiście miejsce, które opuścił o kiju i złowić fajnego garbusa. Większość okoniarzy łowi często w ten sam sposób, w tych samych miejscach, ale nie tędy droga. Dlatego trochę bawi mnie, gdy wędkarze mówią; "Ta i ta przynęta na okonia jest najlepsza. Takie i takie prowadzenie jest najlepsze. Taki i taki kolor jest najlepszy." Bzdura. Nie ma jednego najlepszego sposobu i narzędzia. Trzeba po prostu ryby zrozumieć i podać im odpowiednio imitację żarcia w zależności od warunków. 

czwartek, 25 sierpnia 2016

Pocztówka z pojezierza brodnickiego.

W końcu w natłoku obowiązków udało mi się wyjechać na mini-wakacje. Na pojezierzu brodnickim, moich rodzinnych terenach spędziłem pięć dni. Mimo, że często wakacyjnych czas spędzałem na pojezierzu, to wielu zakątków nie poznałem- nie posiadałem łodzi. Za cel na ten wyjazd obrałem sobie okonie na bardzo głębokim i dużym jeziorze.

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Czuć powoli jesień..

Wybaczcie, że ostatnio nic nie pisałem na moim blogu (trochę inaczej miała się rzecz na moim facebook'u, gdzie wrzucałem rzeczy krótkie, bardo treściwe), ale ostatnio byłem bardzo zarobiony. Z jednej strony pozytywnie, z drugiej mniej, ale na płaszczyźnie moich spraw osobistych sporo się działo.

Dodatkowo ostatnio zdarzył mi się wypadek. Musiałem na szybko dorobić zdjęć nad wodą do pewnego projektu (jak się uda to dopiero poinformuję co i jak ; ) ), i wpadłem do wody uderzając się po drodze głową o deski pomostu. Krótko mówiąc prawie utonąłem,  nie mówiąc o uszczerbkach w ekwipunku; utopiłem telefon, portfel i akcesoria wędkarskie... masakra. Dobrze, że chociaż z tej wody wylazłem, ale na dzień dzisiejszy nie mam nawet czym robić zdjęć..


wtorek, 12 lipca 2016

Widowiskowe wkurzenie.

Kolejne moje wypady spinningowe były poświęcone łowieniu okoni na poppery. Jak sam tytuł wskazuję dla mnie stosowanie tych przynęt daje sprzeczne doznania. Im bardziej w las, tym więcej o tym rodzaju woblerów mogę powiedzieć. Postaram się to przelać w jakąś w miarę schludną całość.

Po pierwsze jestem przekonany, że jest to przynęta typowo zadaniowa. Po prostu nie zawsze i wszędzie pluskacze będą działać. Z mojego doświadczenia ryby, raczej rzadko będą się podnosić do nich z większej głębokości. Oczywiście to, że jest głęboko nie oznacza, że ryby będą przesiadywać przy dnie. Np. spławiające się stado uklei przy powierzchni może być dziesiątkowane przez okonie, innym razem okonie będą żerować gdzieś w toni, a jeszcze w innym przypadku trzeba będzie się do nich dobrać łowiąc przy dnie. Tak czy inaczej, do popperów będą wychodzić ryby agresywnie żerujące. Na głębszej wodzie stety, niestety jest to warunek konieczny. W innym przypadku trzeba będzie łowić klasycznie na gumy. Oczywiście można wysnuć wniosek, że te przynęty będą najbardziej skuteczne latem, a nie o zimnych porach roku gdzie ryby są bardziej ospałe i stacjonują bliżej dna.

sobota, 25 czerwca 2016

Okonie na Poppery.

Upalny czerwcowy dzień. Siedzę sobie w popołudniowym słońcu na łódce chłodząc nogi w wodzie. Ostatnio mi nie szło, więc przyjechałem wcześniej. W środku dnia. Wieczorem i rano nic konkretnego się nie działo. Teraz też. Jeden ładny okoń zawrócił tuż przy łódce odprowadzając tylko białą gumę.

W końcu z nudów założyłem białego poppera i rzuciłem w przerwę między zielskiem. Nawet nie obserwowałem go, tylko sobie szarpałem szczytówką nierytmicznie pluskając woblerem. Nagle usłyszałem jak coś się zakotłowało koło woblera i poczułem opór. Wyjechał szczupaczek taki z 50+. Rzucałem dalej i w trzecim rzucie miałem kolejne branie. Ryba spadła, a ja myślałem że to podobnej wielkości szczupak.

Zmieniłem woblera na większego, pomarańczowo-seledynowego. Biały się niestety zerwał. W pierwszym rzucie branie. Myślę sobie znowu szczupak. Nagle dziewczyna siedząca bliżej oznajmia mi, że mam ładnego okonia. Tego się nie spodziewałem...



Ryby widać było, że są aktywne. Ale w strasznym zielsku na płytkiej wodzie. Na spadkach, blatach zero ! Trzeba było rzucać w najgorsze haszcze i pluskać szczytówką. Branie najczęściej następowało w przerwach między pluskiem. Trzeba było zostawić woblerach nieruchomo na sekundę-dwie. I co najważniejsze nie zacinać. Jak zobaczymy atak ryby na poppera nie zacinajmy od razu, bo zabierzemy woblera rybie sprzed nosa. Pobranie przynęty po widowiskowym ataku ryby trochę zajmuję. Coś jak grzmot i błyskawica. Najpierw zobaczymy, potem dopiero poczujemy. Zresztą okonie atakują poppery bardzo agresywnie i jak się już wepnie, to raczej trzeba będzie korzystać z pomocy szczypiec.

Żerowanie trwało 30 minut, ale było bardzo intensywne i kilka okonków 30+ wyjechało z wody. Widać w upalne lato, jest to przynęta, która bardzo pobudza agresywność okoni. Nawet jedno przejechanie popperem bez kontaktu, może pobudzić rybę co skwituję widowiskowym atakiem w następnym rzucie. I właśnie ta widowiskowość jest najfajniejsza w popperach.




Do takiego łowienia zachęca do stosowania mocniejszego sprzętu. Wędka ma drugorzędne znaczenie, ale warto zaopatrzyć się w plecionkę (i to nie nitkę do ultralighta) i drucik na szczupacze zęby. Przyłowy kaczorów będą bardzo częste, a plecionka jest niezbędna do wyjęcia ryby z haszczy i zielska. Gdy okoń jest większy i "zaparkuje" w zielsku nie ciągnijmy na pałę. Jeśli jesteśmy na łódce warto podpłynąć jak najbliżej i spróbować wyciągnąć ryby na spokojnie z zielska.

Kiedyś nie miałem przekonania do tych woblerów. Czytałem o nich artykuły, ale jakoś wcześniejsze wyniki nie były dla mnie przekonywujące. Jedno jest pewne. Nasze okonie mają tyle powodów żeby nie brać, ile pasków na grzbiecie. Dlatego, warto próbować wszystkiego i stale kombinować.

piątek, 24 czerwca 2016

Pierwsza Nocka 16'.

Kiedyś nocka z gruntówkami była dla mnie spełnieniem dziecięcych marzeń. Zawsze czekałem z niecierpliwością na wakacje i wpatrywanie się w sygnalizatory nad jeziorem spowitym mrokiem. Pamiętam magiczne chwile z tatą. Wtedy nie byłem spinningistą, nie miałem wędek z pracowni, pół pokoju sprzętu, a łowiłem piękne ryby. A przede wszystkim odczuwałem więcej bodźców związanych z przyrodą. Jakoś w zgiełku spinningu człowiek nie ma czasu, aby usiąść i spokojnie posiedzieć sobie nad wodą witając wschód słońca i obserwować świat wokół nas.

Przez ostatnie lata nie interesowałem się praktycznie w ogóle wędkarstwem gruntowym. Gdy teraz budowałem sobie proste zestawy jestem zaskoczony jak ta dziedzina się rozwinęła. Teraz wszyscy łowią tylko na metod feeder, na pelet, kulki i ogólnie wszystko ładują na włosie. Przez całą moją wędkarską przygodę nie miałem z tym kontaktu. Widziałem to co najwyżej w sklepie. Teraz nie miałem zamiaru kupować sobie sprzętu na grube PLN. Wymieniłem tylko żyłki w starych kołowrotkach, kupiłem kilka rurek antysplątaniowych i koszyków oraz haczyki na rosóweczki. I to całe moje przygotowanie do sezonu.



Oczywiście nie mówię, że bardziej profesjonalny sprzęt o którym wspomniałem wyżej jest nieskuteczny, ale jak widzę wędkarzy z wózkiem, kombajnem, kilkoma wiadrami, sitami i półgodziny gruntującymi łowisko to ja dziękuję. Mój sprzęt mieści się w jeden plecak razem z prowiantem na nockę i tyle. Miło, łatwo i przyjemnie. Swoją drogą dwie dziedziny wędkarstwa najbardziej się rozwinęły karpiarstwo/metody i sandaczowanie. Wiecie czemu ? Marketing. Sandacz wybredna ryba to trzeba mieć kilka jednoskładów na łódkę, kilogramy gum i główek i wgl. Kto ma szybszy blank i więcej milionów PSI.





Wracając do samej wyprawy, rozrobiłem trochę zanęty polskiego producenta żeby mieć do koszyka, wybrałem sobie miejsce na horyzoncie w które lokowałem zestawy i na haki powędrowały rosówki.
Mój zestaw był bardzo prosty. Żyłka tonąca 0,23, rurka antysplątaniowa, koszyczek, gumowy stoper i przypon 0,17 z haczykiem średniej wielkości (dobrałem taki, aby zmieściła się na nim rosówka, a przy tym nie za wielki abym z powodzeniem mógł spodziewać się brania np. lina). Uważam, że rosówka jest najlepszą przynętą na nocne zasiadki. Selektywną na białą rybę z węgorzem włączywszy.



Na brania nie musiałem długo czekać. Trafił się linek, a całą noc brały leszczaki. Nad ranem trafił się węgorzyk, a już po świcie w zanęty weszły fajniejsze leszcze. Noc bardzo fajna i mimo komarów i zmęczenia z powodu braku snu, głowa na pewno odpoczęła, a baterie zostały naładowane.

piątek, 17 czerwca 2016

Nic konstruktywnego.

Nie było żadnego nowego okoniowego postu ostatni czasy, bo też nic godnego uwagi nie złapałem. Złowiłem sporo okonków, po dwadzieścia-pare centów, ale nie jest to na pewno nic co satysfakcjonowałoby mnie jako wędkarza.

Analizowałem swoją porażkę w odniesieniu do wyników z poprzednich lat. Ba, nawet teraz założyłem sobie notes w którym notuje, co na co i gdzie. I wiecie co ? Nic mądrego nie wymyśliłem. Tak na prawdę nie jestem jakimś zawodowym wędkarzem. Mam dość mało doświadczenia w okoniach na przestrzeni całego sezonu (lowiłem je dotąd okresowo głównie lato-zima). Dopiero w tym sezonie łowiłem je spod lodu i z dobrymi wynikami wczesną wiosną. Teraz po zakończonym sezonie będę mógł w pełni poddać się analizie, patrząc na przemieszczanie się ryb względem pór roku, jak i technik połowu czy też pór dnia. Tak czy inaczej podzielę się swoimi spostrzeżeniami;

- Zauważyłem, szczególnie u innych wędkarzy, że mieli teraz bardzo dobre efekty łowiąc na główki z opadu. W zimnych porach roku drop-shot królował. Nie mówię, że teraz jest zupełnie nie skuteczny, ale dużo fajnych ryb padło klasycznie z opadu. I to nie koniecznie pukając o dno, ale łowiąc łagodnie w toni. Osobiście rzadko tak łowię bo nie mam ultralighta, więc łowiłem głównie bardziej sandaczowym opadem lub drop shotem (nie raz dupę ratowała mi klasyczna obrotówka). Tutaj jak będzie kasa, trzeba będzie poczynić małe zakupy.





- Okonie w okresie maj-czerwiec zajmowały np. na Motławie inne stanowiska niż w zimniejsze pory roku. Dobre efekty wędkarze mieli na płytszych odcinkach. I to pojawiał się problem, bo nie mam na nie wykupionego pozwolenia ; ). A ostatnio miałem sporo innych wydatków. A w odcinkach głębszych, ryby ustawiały się bardziej przy jakiś filarach mostów, na wypłyceniach. Dlatego, że przy cieplejszej wodzie trzyma tam się po prostu drobnica.




- Moim zdaniem ogólnie maj i początek czerwca nie są zbyt dobrymi okresami na okonie. Może patrzę trochę przez pryzmat tego, że lubię ryby grube i mocne. A okonie w tym okresie są wychudzone i zmęczone po tarle. Tutaj jest pułapka. Ryby co zbiornik to inaczej się tarły. Zauważyłem, że chyba w Polsce północnej przebiega to później. Oczywiście mogę się mylić i wszystko co pisze to moje prywatne, subiektywne spostrzeżenia. Tak czy inaczej każda ryba po odbytym tarle potrzebuję trochę czasu na dojście do siebie i nie jest to na pewno jej epicentrum żerowania.



Wyniki jakie są, takie są. Oczywiście, trzeba zbierać informacje od tych co mają efekty bo to jak najbardziej pomaga w budowaniu taktyki. Ale nie ma co się spinać, że ktoś jest lepszy. I tak jestem z sezonu zadowolony biorąc pod uwagę, obecny brak zmotoryzowania (co mocno mnie ogranicza) jak i po prostu brak czasu. Nie mogę być tam gdzie chcę i kiedy chcę i muszę mocno improwizować. Może w lipcu uda mi się zapolować na grube okonie z jeziora sielawowego. Byłoby to dla mnie coś nowego. Taki ze mnie nowoczesny wędkarz, że nigdy jeszcze nie używałem echosondy.

poniedziałek, 30 maja 2016

Powrót do korzeni - Bat.

Nie pamiętam jak długo nie łowiłem na spławik. Nie sądziłem nawet, że do tego wrócę. Od ery różnych odmian spinningu rzadko nastawiałem się na białoryb. No, może raz do roku siadałem gdzieś z feederami żeby wypić w spokoju piwko.

W maju, gdy okoń jeszcze średnio brał mój kolega znad Motławy zaprosił mnie na wspólny wypad. Łowił na bata, a ja wygrzebałem gdzieś z garażu gruntówkę i rzuciłem gdzieś obok na rosówkę. Dał mi chwile na niego połowić i jakoś miłe chwile ze spławikiem w tle powróciły. Małe tego, sama strategia łowienia i kombinatoryka tej metody obudziła u mnie bakcyla. W garażu znalazłem starego, około 10 letniego bata Jaxon Syrius i wybrałem się na Motławę. Wpadły jakieś pierwsze drobne rybki, a ja już wiedziałem co zabiorę ze sobą na długi weekend na pojezierze brodnickie ;)


Pierwszego dnia zacząłem z biegu od płoci na głębokim jezierze. Odkąd pamiętam łowiłem tam naprawdę piękne egzemplarze tego gatunku. O dziwo tylko je. Jakoś leszcze nigdy tam mi nie wchodziły w zanętę. Teraz gdy byłem lepiej przygotowany; pierwszy raz używałem gliny czy sita do przecierania zanęty, a co za tym idzie szybko udało mi się zwabić w łowisko ładne ryby. Złowiłem kilkanaście płoci 25cm+, a w tym trafiały się ryby przynajmniej trzydziestocentymetrowe. Poczułem na delikatnym zestawie zrywy walecznych płoci. Coś pięknego. Zdecydowanie inaczej wygląda walka niż z wędką z kołowrotkiem.





Potem przez trzy poranki odwiedzałem jezioro o charakterze bardziej linowym. Nęciłem tylko kukurydzą i na nią też łowiłem. Już pierwszego dnia złowiłem dwa małe linki, następnego 3 leszcze. Ostatniego dnia tuż przed moim wyjazdem do Gdańska trafiła się sztuka wymiarowa 30cm+. Walka nawet małego lina na bacie przysparza duuużo radochy. A zobaczenia żółtego brzuszka i oliwkowej łuski przywołuje uśmiech na twarzy i miłe wspomnienia z dzieciństwa.




Łowiłem najprościej jak umiałem. Spławiczek dwu gramowy, obciążenie skupione w jednym miejscu, żyłka główna 0,16, długi przypon 0,14, haczyk #10. Gruntowałem tak, aby część przyponu leżała nieruchoma na dnie. Doświadczenie mam żadne, ale za pewne będę się rozwijał w tej metodzie szczególnie latem, gdy nie zawsze chcę się przeczesywać wodę spinningiem.

sobota, 7 maja 2016

Mieciu i majówka

Początek maja wiąże się dla mnie z błogim niewyspaniem. Dni są już dłuższe, a wschód słońca okrasza już bardzo wczesne godziny poranne. Jest coś w tym niewyspaniu towarzyszącym mi w ciągu dnia bo biczowaniu wody skoro świt. Chodzę niewyspany, ale szczęśliwy. Nie ma dla mnie piękniejszej rzeczy od budzącej się rano przyrody. Jest coś w tym magicznego. Zawsze przeżywam to tak samo. Na nowo. Podniecenie i wyobraźnia nie zna granic, a ja drżącymi rękami próbuję zawiązać węzeł na agrafce. 



Majówka. Kiedyś kojarzyło mi się to z rybami, byłem szczęśliwy. Za dzieciaka czekałem na ten okres, bo w końcu mogłem połowić. Teraz jednak nie lubię jej. Nie lubię sezonowych wędkarzy biegnących ile sił w nogach na wszystkie możliwe zbiorniki wodne w poszukiwaniu szczupaka. Ja jednak liznąłem trochę smaku majówki w tym toku i pojechałem ze swoją dziewczyną do domku na wieś. Wędkarzy pełno. Ryby nie chciały współpracować, a co najgorsze rozwaliło mi wodociągi. Nie miałem dostępu do wody. Woda nie została odpowiednio spuszczona, zamarzła zimą rozsadzając rury. Wspaniale. Spędziłem tam 3 noce i dłużej nie było się co męczyć. Jeszcze rodzinka która się zjechała zaburzając błogi spokój..

A wracając do Miecia. Mieciu to nic innego jak multiplikator nazwany tak przez moją dziewczynę. Ostatnio stwierdziłem, że życie jest krótkie i trzeba próbować nowych rzeczy. I tak zamówiłem sobie wędkę, młynek, zestaw jerków i inne akcesoria. 



Kupiłem sobie solidny zestaw, który mi polecono. Nie kupowałem  czegoś tańszego, bo nie chciałem zrazić się do nowej metody. A swoją drogą jestem snobem ; ) Ale to chyba nic złego. Ważna jest pasja. Zdecydowałem się na Avida AVC70HF, Shimano Chornarch 151, plecionkę Power Strike 30lb i garść jerków. Jak na razie jestem zadowolony i całkiem nieźle mi to wychodzi. Chłopaki z Corony Fishing dobrze mi doradzili.




Podczas majówki padły pierwsze dwa szczupaczki (cieszą, bo na innych łódkach nie słyszałem o kontakcie z rybą), a dzisiaj próbując sił na znanej sobie wodzie było tylko lepiej. Brania są bardzo mocno wyczuwalne, przez model zestawu (trzymamy palec bezpośrednio na szpuli kołowrotka), a hol na zestawie castingowym daje dużo więcej bodźców niż przy klasycznej korbie.




 Casting jest na prawdę fajną sprawą. Tak jak już pisałem; dla mnie największą trudnością w tej metodzie są inni wędkarze, którzy lamentują na forach jakie to trudne i jakie to brody się nie tworzą. Mi nauka zajęła jakieś 15 minut po czym rzucałem gdzie chciałem. W następnym wpisie postaram się opisać wprowadzenie do tej metody dla początkujących. Może komuś pomogę i sprawię że nie taki diabeł straszny.

piątek, 8 kwietnia 2016

Czapka generała.

Józefa obudził budzik. Była to stara nokia. W porównaniu do nowych smartfonów wykazywała się dużą żywotnością baterii przez co na ryby był idealna. No prawie, bo nie robiła zdjęć, a to przy okazałej rybie się przydawało. Józek zbytnio nie ociągał się ze wstawaniem. Było wpół do czwartej rano, ale chodził spać przed 22, ukojając się do snu kilkoma browarami, więc obudził się wypoczęty. Były przecież wakacje, które co roku spędzał na swojej rodzinnej malowniczej wsi na pojezierzu brodnickim. Tutaj wśród tylu jezior i wspaniałej przyrody, mógł się oddawać swojej pasji przez wakacyjny okres bezgranicznie. 

Wszystko było przygotowane. Plecak spakowany, a wędki przypięte już do roweru. Trzeba było tylko popedałować z 20 minut i już się było na łowisku. Był upalny lipiec i celem Józka były piękne gruntowe płocie z wyjątkowego, głębokiego jeziora. Przejeżdżając przez wioskę i dojeżdżając do ściany lasu w głowie młodego chłopaka powstawały dziwne myśli. Od najmłodszych lat Józef interesował się zjawiskami paranormalnymi. Może akurat przyszło mu to na myśl, bo dojeżdżał do starego dębu, pod którym ponoć kiedyś odpoczywał sam Napoleon. Legenda głosiła, że w ten dąb uderzył po trzy kroć piorun, a wczasowicze odpoczywający na pojezierzu brodnickim nieraz opowiadali o dziwnych głosach i cieniach postaci w okolicach tego miejsca. Rozmyślanie dla studenta nie było jednak teraz na rękę. Chciał być na łowisku skoro świt i zdążyć podnęcić kukurydzą swój ulubiony pomost. Józef przyśpieszył.



Dojeżdżając na miejscu chłopak musiał zejść ze stromej skarpy aby wejść na pomost. Gdy zszedł z roweru i odpinał wędki z rzep przymocowanych do ramy coś usłyszał. Był zdziwiony, bo rzadko kto odwiedzał to miejsce. Nawet wędkarze nie zapuszczali się tutaj zbyt często. Nie można tu było dojechać samochodem, a w dzisiejszych czasach amatorom wędkarstwa nie chciało się taszczyć ciężkiego sprzętu przez taki kawał drogi. Na pomoście jakby słychać było trzaskające deski pod ciężarem kroków. Józek zszedł na dół trochę nieufnie bo myślał, że jego kilkudniowe nęcenie pójdzie na marne. Zobaczył jednak kaczkę pożerającą ziarna kukurydzy. Cóż, chyba podczas strzelania ziarnami z procy coś musiało wypaść i wesoło gdakający kaczor wydłubywał z pomiędzy desek żółtą kukurydzę.

Józek po zarzuceniu spławikówki siedział przez chwilę. Spławik pięknie podskoczył do góry i położył się na wodzie sygnalizując, że ryba podniosła przynętę z dna. Zacięcie, mocny opór i gra hamulca. Ryba ani na chwile nie dała się prowadzić wędkarzowi. Zrobiła długi odjazd i zaparkowała wśród zatopionych gałęzi drzewa. Żyłka 0,14 nie wytrzymała, a młody chłopak już po chwili musiał szukać w plecaku drabinki z gotowymi przyponami. Założył zestaw z grubszą żyłką i większym hakiem. Może karpie ? Słyszał tutaj już o podobnych historiach.

Studentowi zamykały się oczy, a broda opierała się o klatkę piersiową. Chyba na chwilę przysnął. Zauważył, że nagle woda uspokoiła się. Zrobiło się tak chłodno, że gdy Józek westchnął z jego ust wydobywała się para. Do tego nad jeziorem rozciągała się dziwna mgła. Rzucił okiem na wędkę. Przetarł zaspane oczy ze zdumienia. Żyłką między szczytówką, a spławikiem nie była zatopiona, ale unosiła się dobre kilkadziesiąt centymetrów nad lustrem wody. Chłopak słyszał taką historie od swojego świętej pamięci wujka, który zaobserwował podobne zjawisko podczas zbliżającej się burzy. Sam nie wiedział ile w tym prawdy, bo wujek czasami lubił nad woda pociągnąć kilka łyków z piersiówki. Józek spróbował naprężyć zestaw i utopić trochę żyłki. Wtedy poczuł opór i automatycznie zaciął. Podczas końcówki holu szukał ręką podbieraka, który po rozłożeniu zawsze kładł po swojej prawej stronie. Jednak podbieraka nie było. Postanowił schylić się i podebrać rybę ręką. Na kanapkę kukurydzy z czerwonym robakiem skusił się ładny leszcz o złocistym ubarwieniu. Gdy dostał trochę powietrza przestał już murować do dna i ładnie położył się na wodzie co umożliwiło sprawne podebranie ryby. 

Gdy Józek stał na pomoście z dwu i pół kilowym leszczem, wydarzyło się coś co do końca życia pozostało w głowie chłopaka. Nie wie czy to mu się przyśniło, zdarzyło się na prawdę czy był to głupi żart jego kolegów ze wsi. Tak czy inaczej młody student drugiego roku Historii na Uniwersytecie Gdańskim pozostał przez kilka sekund z otwartą buzią, a leszcz wypadając mu z ręki uderzył z donośnym pluskiem o wodę. Jego podbierak i siatka wisiały jakieś dwa metry nad ziemią na rozłożystych gałęziach jesionu. Nie było wiatru, nie było nikogo w pobliżu. Cała sceneria tego poranka, przeszywające zimno i ta sytuacja przeraziła Józka na poważnie. Nie wiedział co ma zrobić, więc stał tak przez chwile odrętwiały. Gdy odwrócił wzrok w kierunku wody, nagle śródleśną poranną ciszę zagłuszył charakterystyczny stukot kopyt galopującego konia. Po chwil jego dzwonek w rowerze zawdzięczał echem i przewrócił się łamiąc przy okazji jakieś gałęzie.

Józef nie wiedział jak tak szybko udało mu się spakować i dojechać do domu. Praktycznie nic z drogi powrotnej nie pamiętał. Jedyne co utkwiło mu w pamięci to to, że najechał na coś w okolicach starego dębu i prawie przez to upadł. Może to lepiej dla niego, że nie bardzo obchodziło go co to było. Gdyby ktoś szedł tą drogą zobaczyłby generalską czapkę z okresów wojen napoleońskich, która opadała wśród unoszącego się kurzu za pedałującym ze zdumiewającą szybkością młodym wędkarzem.

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Okoń po "dziecinnemu".

Ostatnio rozmawiając z moim dobrym kolegą na facebooku weszliśmy na temat łowienia drapieżników metodą którą nazwaliśmy "na pałe". Jest to nic innego jak normalne rzucanie przynętami gumowymi i zwijanie "po dziecinnemu". Bez żadnych opadów, podrygiwań szczytówką. Rzut i zwijanie. Doszliśmy do wniosku, że Tomek złowił w ten sposób sporo fajnych sandaczy, a ja okoni. Nie piszę tego, aby zachęcić wszystkich do takiego łowienia, ale po to żeby wyciągnąć wnioski czemu akurat wtedy ta technika łowienia była taka skuteczna. 

Moja przygoda ze spinningiem zaczęła się od tego, że siedząc i nudząc się z gruntówką, nagle wpadałem na wspaniałomyślny pomysł aby odciąć zestaw z koszykiem zanętowym, a założyć drut na szczupaka (i to ten chamski, zielony, gruby. Pamiętam, że w wędkarskim wisiały takie na kartonikach i były sprzedawane na sztuki) i dużą seledynową gumę bądź też Alge2. I tak sobie chodziłem wzdłuż brzegu i rzucałem pod trzciny, grążele i inne 'zielska" aby sprowokować do brania ukrywającego tam się drapieżnika. Tak to sobie wyobrażałem. Szczupak siedzi sobie w zielsku i czeka na swoją ofiarę żeby uderzyć. Oprócz szczupaków często trafiałem na okonie. I to okonie przez duże "O". Jak jakiś wziął nie była to sztuka mała. Teraz gdy zgłębiłem tajniki łowienia z opadu, jiggowania wszystkimi przynętami po kolei i na końcu Drop Shota patrząc na to z boku chyba znalazłem odpowiedź.



Przede wszystkim duże okonie, gdy są na prawdę aktywne rzadko siedzą na jakiś spadkach, dużych głębokościach. Ogólnie mówię o miejscówkach lansowanych przez autorów czasopism, którzy pływają wypasionymi łodziami, z kilkoma wędziskami i pukają o dno różnymi metoda opadu aby skusić do brania okonia. Oczywiście sam tak robię, ale próbuję złowić wtedy ryby albo o późniejszych porach roku bądź też wczesnowiosennych, bądź ryby ospałe które nie wyruszyły na płytszą wodę na żer. I o to chodzi. Od czerwca, nawet od połowy maja jak większe okonie dojdą do siebie po tarle do znacznego ochłodzenia wody wpadają skoro świt oraz wieczorami na stołówki. Po prostu mają swoje półgodziny-godzinę mocnego żerowania, gdzie przypływają na podwodne łąki aby się najeść i robią niezły kogel mogel ze stad drobnicy. Nie siedzą wtedy przy dnie, tylko pływają w toni, są aktywne, agresywne i wtedy też chcą przynęty, która będzie im uciekać, nie koniecznie udawającą dogorywającą rybkę. I tak po rzucie do wody pod jakąś roślinną przeszkodzę czekałem chwilę aby przynęta była gdzieś w połowie toni, dwa razy podrygiwałem szczytówką żeby od razu w miejscu prowokować i sobie zwijałem średnim tempem. Branie było takie, że nawet nie trzeba było zacinać. Wędką wyginała się w pewnym momencie sama. 




Do takiego łowienia używam sporych przynęt; od gum 10cm wzwyż, obrotówek 2-4 i wahadeł. I oczywiście do tego przypon stalowy na szczupaka, który w ogóle nie przeszkadza mocno żerującym okoniom. Taka taktyka jednak nie sprawdzi się zawsze. Tak jak pisałem, dobre są cieplejsze pory roku kiedy drobnica tam się gromadzi. W maju znajduje się tam sporo narybku, płoci i innego białorybu, który skończył tarło. To też działa to na naszą korzyść. Zdradzę wam, że najfajniejsze efekty miałem łowiąc w ten sposób gdy dzień zapowiadał się na naprawdę ładny. Wtedy warto być na stołówce skoro świt i wykorzystać ten krótki okres, gdzie garbate zbóje przypłyną sobie na wyżerkę. Wieczorami efekty były też, ale to nie to samo co świt.





Zachęcam zatem, aby nie koniecznie zawsze słuchać się nastawionych na marketing i sponsorowanych przez różne firmy wędkarzy, a czasem wrócić do korzeni. Połowić tak, jak zaczynało się kiedyś. Bez tony zbędnego sprzętu, luźno i z uśmiechem na twarzy. Jak za czasów naszych początków z wędką.

środa, 30 marca 2016

Ryobi Slam 2000.

Kupując ten kołowrotek kierowałem się dwiema rzeczami. Przystępną ceną oraz jego niska masą. Wydawał się być produktem, który pasowałby jak ulał do okoniówki. Zdecydowałem się zatem na model 2000. Katalogowo wygląda to imponująco, ale jak było w praktyce ? Zapraszam do mojej recenzji.




Kołowrotek posiadam od marca zeszłego roku. Jego wartość na naszym wędkarskim rynku to ok 300 złotych. Mało jak na inne kołowrotki o podobnej masie, firm takich jak Daiwa czy Shimano. Oczywiście do głowy przychodzi pytanie o materiał z którego jest zbudowany, bo metal to w wypadku tej ceny rzecz wątpliwa. Katalogowa ten materiał nazywany jest kompozytem NCRT. Możemy przeczytać; "Materiał ten to połączenie włókien węglowych z tytanem, które pozwoliło uzyskać kompozyt znacznie zmniejszający masę - w porównaniu z tradycyjnymi materiałami nawet o 25%. Kolejną cechą NCRT jest zwiększenie sztywności i stabilności". - Kołowrotek jednak na moje oko, nie wygląda w pierwszym zetknięciu z nim jak maszynka mająca posłużyć nam lata. Jedyny metalowy element, który wydaję się solidny to rączką i piankowy uchwyt (który jest swoją drogą bardzo wygodny). Jednym słowem widać, że do górnej półki trochę mu brakuje. Do okoniowego łowienia jednak jego "body" powinno wystarczyć i nie zauważyłem do tej pory żadnego zużycia materiału czy też innych uszkodzeń. "Filigranowa" obudowa spełniła swoje zadanie także mały plusik. Tutaj jednak zaczynają się schody. Pierwsza rzecz, która jest sporym minusem tego kołowrotka to wielka stopka. Jest gruba i nie mieści do standardowych uchwytów "FUJI" wędek określanych jako light. Moim zdaniem jest to spowodowane gorszą jakością materiału w porównaniu do kompozytów droższych i widocznie inżynierowie musieli stworzyć taki projekt aby konstrukcja wytrzymywała trudy łowienia. Bądź technologia, z której korzystała firma Ryobi nie pozwalała zrobić jej węższej. Tak czy inaczej, nie mogę dokręcić odpowiednio uchwytu wędki (nie chcąc go uszkodzić). Zdarzało się, że kołowrotek niestety odkręcał się w czasie łowienia.. Co do "body" warto także zwrócić uwagę na szybko schodzące napisy (kalkomanie) ze szpuli. W łowieniu absolutnie to nie przeszkadza, ale raczej w kołowrotkach za które zapłacimy więcej takie rzeczy nie mają miejsca.




Przechodząc do mechaniki, na fishing-test.pl mogłem przeczytać, że jego praca przypomina prace maszynek za 1000 zł w górę. Powiem tak.. nie, nie przypomina. Nie wiem skąd się wzięło to porównanie. Do maślanej pracy Shimano jest tutaj daleko. Mogę jednak powiedzieć, że kołowrotek chodzi płynnie i za te pieniądze jestem jak najbardziej zadowolony. Zaznaczam, że łowiłem nim w ciężkich warunkach pogodowych, śnieg, deszcz. Ogólnie kołowrotek mocno dostawał po czterech literach i działa. Oczywiście nie zanurzałem go w wodzie, czy taplałem w piasku. Piszę, bo niektórzy tak robią. ; ). Co do nawoju jest też dobrze, a nawet bardzo. Kołowrotek dobrze układa plecionkę. Nie tworzą się brody, a fabrycznie nowy kołowrotek nie wymagał ingerencji w wyważanie nawoju za pomocą podkładek.



Drugą rzeczą, która nie podobała mi się w tym kołowrotku jest moim zdaniem mało precyzyjny hamulec. Tzn. średnio pasuje pod mój styl łowienia. Łowiąc na drop shot'a na małe haki, bądź haki offsetowe nie lubię jak kołowrotek oddaje linkę od razu przy zacięciu. Sprawy się mają inaczej przy łowieniu ryb łososiowatych. Tak czy inaczej, trudno mi go ustawić tak żeby przy zacięciu nie oddawał linki, a potem przy mocniejszych zrywach większej ryby wchodził do gry. Musiałem łowić zatem na dość mocno zaciśniętym hamulcu i odkręcić go w czasie walki z większą rybą. I tutaj pojawiał się problem bo hamulec jest dość krótki. Przy precyzyjniejszych modelach, trzeba się sporo nakręcić pokrętłem aby uzyskać widoczny efekt poluźnienia hamulca. Tutaj wystarczy go delikatnie przekręcić i odpuszczamy hamulec bardziej niż byśmy chcieli. Trochę tak, jakby w manualnej skrzyni biegów brakowało trójki albo czwórki. 

Co do funkcjonalności całego zestawu jaki otrzymujemy trzeba zwrócić uwagę na brak zapasowej szpuli. Tutaj przychodzi mi na myśl porównanie, może trochę wredne, ale z tym najbardziej mogę się zgodzić jeśli testerzy porównują ten model z kołowrotkami za 1000zł +. Konstrukcje Made in Japan również nie mają w zestawach zapasowej szpuli.

Oceniając kołowrotek ogólnie, nie jest na prawdę tak źle. Wyciągnąłem na niego sporo ciekawych ryb. Jadąc z nim na ryby nie miałem przeświadczenia, że coś nagle się popsuję co przy moim stylu łowienia jest już małym sukcesem.  Kołowrotek przy "okoniowym" łowieniu okazał się trwały, dobrze układał linkę. Ponadto poprawnie wyważał mój kij. Jednak dwa minusy "bardzo gruba stopka" i "mało precyzyjny hamulec" skłaniają mnie do poszukania czegoś innego. Nie mniej jednak, za tą ceną uważam jakość i użytkowość kołowrotka na przyzwoitym poziomie. 




Ogólna ocena 6,5/10.



To jest moja pierwsza recenzja sprzętu na tym blogu, więc proszę o wyrozumiałość. W dodatku zaznaczam, że treść w niej zawarta jest subiektywna i może dalece się różnić od innych tegoż kołowrotka.