środa, 30 grudnia 2015

Maluj tym.

Teraz nastał u mnie wędkarski przestój. Wędki leżą grzecznie w tubach, a ja robię to co lubiłem zawsze. Bawię się w modelarza. ; )

Chciałbym wam pokazać sposób na stare woblery. W moim przypadku są to Tabiasy Jaxona, które fabrycznie mają słabiutki lakier, a praktycznie jego brak. Skutkuję, to prawie całkowitym zdrapaniem z nich farby. Nie wspominając o braku impregnacji czy też pękaniem korpusu.

Chcę nadmienić o dwóch sposobach ->

* Najpierw w oby przypadkach musimy zdrapać całą pozostałość nożykiem oraz wygładzić korpus różną granulacją papieru ściernego. Wobler nigdy nie będzie całkowicie pozbawiony starej farby, ale to w niczym nie przeszkadza.



1. Pierwszym sposobem jest obklejenie wobka. Ja użyłem zwykłej foli aluminiowej. Może obkleić dwa boki osobno, bądź jednym fragmentem zakryć również brzuch. Pozostałość u góry można w fajny sposób wygładzić lutownicą. Potem nakładamy pierwszą "bazową" warstwę lakieru. Po około 12h, papierem ściernym wygładzamy nierówności. Teraz możemy przejść do malowania. Ja posłużyłem się aerografem i farbami akrylowymi. Tym sposobem zakryjemy nieestetyczne miejsca łączeń. Podstawowym wariantem malowania, jest użycie koloru czarnego na grzbiet naszej rybki. Oczywiście wszystko to wodza naszej fantazji i ilości farbek w pudełku.






2. Drugim sposobem jest samo malowanie. Najpierw malujemy całego woblera na biało. Jest to taki podkład. Dużo fajniej będą wyglądać kolory i ich przejścia. Dwie najbardziej popularne barwy podkładowe to czerń i biel. Zależy jaki odcień końcowy chcemy uzyskać. Maluję strefowo, uzupełniając jakieś szczegóły ewentualnie pędzelkiem, czy też doklejając oczka.




Teraz pozostaje już tylko lakierowanie. Używam lakierów do parkietu; Domalux bądź Harzlack. Lakieruję około 5 warstw, metodą zanurzeniową co ok. 12h. Do schnięcia warto skonstruować jakąś kartonową suszarkę aby lakier swobodnie mógł kapać na dół. Woblera umiejscawiamy w pozycji pionowej za pomocą szczypiec (peanów) lub robimy stojaczek z drutów. Wobler po ostatnim lakierowaniu przed wodą powinien poczekać przynajmniej tydzień, ale tak naprawdę pełne właściwości uzyskuje po upływie przynajmniej miesiąca. Teraz nie pozostaję nic innego, jak ruszyć dupsko i zaciąć coś srebrnego i grubego.



Mam nadzieję, że trochę pomogłem ; )

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Inauguracja 15/16

Cóż, początek nowego sezonu za pasem.
W tym roku trocie można było łowić od pierwszego grudnia. Wyjątkowo, ponieważ do tej pory sezon ochronny w Zatoce Gdańskiej nie obowiązywał. Był za to jednak do 15-go listopada na morzu otwartym. Cóż taka wola Inspektoratu Morskiego w Gdyni. Dziwne to tym bardziej i absurdalne, bo trocie mogą łowić rybacy, jak i koledzy z łodzi trollingowych w pewnej odległości od brzegu.



Minęło siedem dni grudnia, a do mnie dochodzą już coraz to nowe informacje o złapanych srebrniakach. Sporo się dzieję. Mi niestety nie było dane złowić morskiego srebra. Może nie ta godzina, może nie ten dzień. Rano przed moim przybyciem chłopaki połapali. Trzeba mieć nadzieję, że i do mnie w niedalekiej przyszłości uśmiechnie się szczęście ; )

Dzisiaj zegarkowa flądra.


piątek, 4 grudnia 2015

Opowieść o grudniowym okoniu i coś o dropsie.

Każdemu z nas czasami trafiają się dni w których nic nam kompletnie nie wychodzi.
Czasami jest to spowodowane naszym zdenerwowaniem, zniecierpliwieniem, a czasami po prostu tak jest.

Ostatni wypad był dość ciekawy. Od rana nie wychodziło mi dosłownie nic. Zaczynając od zapomnienia zatankowania auta, zaspaniu, na problemach sprzętowych kończąc. Po rozpoczęciu łowienia okazało się, że harce w moim okoniowym łowisku urządziły sobie szczupaki, a ja zaliczyłem kilka obcinek. Nie dobrze - kaleczyłem ryby, a do tego musiałem ciągle wiązać zestawy drop shotowe. W końcu założyłem na mój hak offsetowy kilkunasto centymetrową gumową glistę. Wybrałem po prostu coś, co wydawało mi się na ten moment najmniej "szczupakowe".

I trafił się on. Na pewno najgrubszy w tym sezonie..



Gruby, piękny, doskonały.

A o drop shocie ? Powiem w ten sposób. Na prawdę zachęcam do stosowania większych przynęt. 2-3" gumy na pewno wpłyną na większą ilość brań, ale nie na jakość. Jakoś coś w tym jest, nawet sama psychika podpowiada większa guma, większe ryby. Śmiało zakładajcie gumy 4"wzwyż. Nawet mniejszy okoń sobie z tym poradzi, a większy moim zdaniem na pewno szybciej weźmie.



czwartek, 26 listopada 2015

Okoniowate na drop shot - sprzęt.

Piszę ten post głównie z uwagi na mój charakter. Wiem, że to dziwnie brzmi, ale jestem raczej z tych ludzi którzy lubią dochodzić do czegoś samemu. O typie samotnika nie wspomnę. Szczerze powiedziawszy, gdyby nie jakiś procent perfekcjonizmu, na który składa się moja osobowość, jakieś relacje z innymi wędkarzami praktycznie ograniczyłbym do zera. Oczywiście nie licząc ludzi których na prawdę lubię i czuję się doskonale w ich obecności. Tak czy inaczej warto czasami zasięgnąć języka żeby się czegoś dowiedzieć. Rozwinąć.



Metodę drop shot, o czym wcześniej wspominałem pokazał mi mój kolega. Sam chciałem się za to zabrać, ale z własnego doświadczenia widzę, że brakuję w internecie prostych, merytorycznych porad dzięki którym nie będziemy wizualizować siebie nad wodą jako imbecyla drgającego szczytówką przed czołem.

Dzisiaj przez dwie godziny, złapałem dwa przyzwoite garbusy i wpadłem na pomysł, że cyknę kilka fotek, coś z tego skleję i może pomogę komuś równie dziwnemu jak ja haha.






........................

Sprzęt.

Wędzisko

Ogólnie rzecz biorąc to temat rzeka. Co wędkarz to inna opinia. Zdradzę wam sekret, a raczej opowiem ciekawą historie. Jakiś czas temu byłem nad Motławą z moim kolegą. Łowił on wklejanką przy ciężarku dwadzieścia gram i praktycznie w podrygiwaniu nie było żadnej dynamiki. Jego łowienie przypominało trochę naciągniętego zestawem feedera. Robił mega subtelne, deliaktne ruchy. Ja łowiłem szybkim kijem, podrygiwałem książkowo. On łowił piękne sandacze, a ja skończyłem dniówkę z niewymiarowym szczupakiem..

Ale wracając do tematu, według mnie i tego jak ja lubię łowić wędzisko powinno mieć delikatną szczytówkę. Dzięki niej będziemy mogli nadawać drgania i widzieć wszystko co dzieję się z przynętą. Dla przykładu, jakiś "pałowaty" kij do kogutów się nie na da. Czy to będzie wklejanka czy nie, to zależy głównie od naszego budżetu. Ten pierwszy typ będzie wersją ekonomiczniejszą, ale więcej frajdy z łowienia da nam na pewno jednoczęściowy szybki blank. Podsumowując: Kij powinien mieć delikatny szczyt, ale przy tym być szybki i odnośnie okoni oczywiście posiadać płynne, fajne ugięcie.



Kołowrotek. Tutaj moim zdaniem dwie opcję. Albo kupujemy coś taniego z myślą że po sezonie dwóch będziemy mogli to wywalić i bez bólu kupić coś innego. Druga opcja, szukamy coś japońskiego i koniec tematu. Zresztą kołowrotek jak kołowrotek. Równy nawój, hamulec i  nic innego się nie wymyśli.



Plecionka. Nie żyłka tylko plecionka. Całość musi być sztywna żeby nadać ruch przynęcie. Żyłka nie wchodzi w grę. Do tego fluorocarbon na którym wiążemy hak i przymocowujemy ciężarek. Plecionka 0,10 - 0,14. Co do fc zależy od przynęt. Do 4" używam 0,25 powyżej 0,35 - 0,4.

Haki wiążę na fc tzw. owijką. Owijam ok.5 razy. Mniej niż 4 nie ma sensu. Chodzi o to, że hak był dobrze podparty z dwóch stron i konstrukcja była solidna. Panuję opinia, że im grubszy fc tym mniej oplotów, ale ja robię zazwyczaj tyle samo.


Węzły ->

http://www.netknots.com/fishing_knots/alberto-knot/

https://www.youtube.com/watch?v=BCk_wMW08nw


Haki ogólnie stosujemy w dwojaki sposób. Albo atakujemy offsetem, albo zbroimy tak jak główkę jigową. Nazwę ten sposób dla ułatwienia w dalszej części tekstu jako "normalny". Dodam przy tym, że nie musi on być oddalony daleko od przodu naszej przynęty bo ryby połykają wabiki przy tej metodzie pewnie i nie ma problemów z zacięciem.

Keitechy z rowkami są super do offsetów. Inne przynęty też się nadadzą, ale guma musi być miękka. Niektórzy nie lubią tak zbroić i zbroją "normalnie". Nie zauważyłem różnicy w braniach jak i skuteczności zacięć. Kwestia upodobań. Warto wspomnieć, że gumy 2-3" należy zbroić normalnie, bo zbrojenie offsetem jest w tym wypadku zbędne i wpłynie negatywnie na prezentacje przynęty. Wiele osób zakłuwa je za sam pyszczek, ale dla mnie lepiej jak jednak nadziejemy troszkę dalej gumę. Zbrojąc za pysk szybko będziemy tracić gumy i ogólnie cała konstrukcja będzie mniej solidna zmuszając nas po każdym braniu do poprawiania przynęty. Offsetowe haki polecam za to do długich "worm'ów".





Mniejsze gumy do 3" zbroję za pomocą klasycznych haków do drop shota. Przypominają haki karpiowe. Odpowiedni będzie np. model Gamakatsu Worm 39. Jeśli chcemy zbroić "normalnie" przynęty powyżej 4" możemy posłużyć się hakami offsetowymi o węższym kolanku jak Gamakatsu Worm 34. (oczywiście siodełko z przodu haka jest zbędne, chodziło mi o kształt samego haka). Do zbrojenie offsetowego za to, haki powinny mieć szersze kolanko i koniecznie to siodełko, które umożliwi nam prawidłowe zbrojenie przynęty. Od siebie polecam Daiwe WOS. Gdy mamy jakieś długie, cienkie wormy i kolanko będzie się nam wydawać zbyt szerokie, wtedy bierzemy hak offsetowy taki jak Worm 34 o którym wcześniej wspomniałem. Dobry model, bo posłuży nam jak widać w różnych konfiguracjach. Oczywiście jest dużo haków na naszym rynku, a modele które podałem są poglądowe abyście mogli zrozumieć zasady którymi się kierował przy ich doborze.

https://www.youtube.com/watch?v=xPBR58xVNUs

Super sprawą są ciężarki zaciskowe. Możemy sobie regulować na jakiej głębokości będziemy prezentować przynętę. Polecam zwykłe, tanie Jaxony ; )
Najczęściej odległość w moim przypadku to 30-60 cm. Ale to już temat na inny wpis.



Mam nadzieję, że trochę pomogłem ; )

wtorek, 3 listopada 2015

Przeprosiny z okoniami

Ostatnio na tapecie był street fishing. Efekty raczej średnie, nie czarujmy się. Chociaż z drugiej strony jak na pierwsze debiutanckie niespełna dwa miesiące, jest jakiś powód do uśmiechu. Na pewno rewolucją był drop shot. Postanowiłem swój czwarty "drop shot'owy" wypad wykorzystać na zaniedbane przeze mnie i długo nieodwiedzane okoniowe łowisko.

Powinienem sam dać sobie po łapach, że wcześniej nie kombinowałem tam z tą metodą. To raz.
Że nie jeździłem tam w ogóle jesienią, w czasie największej wyżerki. To dwa.


Dzisiaj moim łupem padło 7 okoni +30cm. I jakoś lżej człowiekowi na duszy, że spędził czas w samotności nad jeziorem. Mógł na spokojnie doskonalić technikę. Cieszyć się jesienną wilgotną mgłą wkładająca palce gdzie tylko zdołały się wślizgnąć.

Mam nadzieję, że jeszcze w tym sezonie zawitam tam, a dyndająca szczytówka wskaże, że moją przynętę zassał piękny, gruby jesienny okoń.

wtorek, 27 października 2015

Street vol. 4 - Drop shot.

Dzisiaj pojechałem na ryby ze znajomym poznanym wśród Motławianego zgiełku. Street ma swoje plusy i minusy. Jednym z tych pierwszym jest bez wątpienia możliwość spotkania wielu wędkarzy, z którymi możemy wymienić się spostrzeżeniami.

Jednym z nich był kolega Szymon. Kilka razy wybrałem się z nim po zmroku w celu sandaczowych łowów, jednakże nasze wyniki często kończyły się na zero. Ja doskonaliłem technikę łowienia klasycznie na główki jigowe uzbrojony w gumy, a mój towarzysz podpatrywał w internecie naszych zachodnich sąsiadów.

Ja chodziłem w nocy, po opustoszałych nabrzeżach starego miasto, a Szymon łowił często w dzień. Oprócz pory dnia, zaczął łowić bardziej zachodnie. Zaczął łowić na drop shota; i co najważniejsze jego wyniki biły na głowę moje. Dzisiaj przyszedł dzień, że spotkaliśmy się na jego warunkach.

W dwóch pierwszych rzutach szkoleniowych z wody wyjechał jeden krótki sandaczyk i ładny okoń. No nieźle pomyślałem..

- Jak widać drop shot jest skuteczny - usłyszałem z uradowanej twarzy.

Szymon dokładał kolejne zandziorki, ale ja pomału też się uczyłem wyciągając dwie małe rybki przedstawicieli okoniowatych.



Gdy słońce chyliło się ku zachodowi, kolega wyjął przyzwoitego sandacza. Ja zaraz zaliczyłem krótki hol. Poprawiłem gumę i za chwilę i do mnie uśmiechnęło się szczęście.






Cóż, jak na pierwsze godziny z Drop Shotem zakończyłem dzień z dużym bananem na twarzy. ! ; )

środa, 21 października 2015

Poradnik street fishingu. 1#

W dzisiejszym poście pokażę fajny sposób na nielubiane przez nas gumy, bądź takie które po prostu nie podobają się rybom.

Potrzeba nauką wynalazków. ; ) .. a tak na poważnie każdy z nas ma takie gumy. Nie sięgamy po nie, ale jednak z braku laku nosimy w pudełku. Sięgniemy po nie często w akcie desperacji, jak nic się nie dzieje. Ale czasem warto ożywić nasze przynęty w zapomnianym dnie pudełka. Pokaże myk, który możemy zrobić na ulicy, mając ze sobą zapalniczkę i opcjonalnie scyzoryk (równie dobrze możemy użyć czegoś innego, jednak ostrze ułatwi nam sprawę).

- Bierzemy dwie gumy



- Obcinamy ogonek w miejscu łączenia z korpusem.



- Przypalamy oba końce (aż guma się rozlepi), ja to robię tak że aż się trochę podpali, po czym "gaszę" ogień chuchnięciem.



- Łączymy oba fragmenty, przytrzymując na chwilę.



Z dwóch gum, powstają nam dwie wersję kolorystyczne. Operację pokazałem w warunkach biurkowych z uwagi na oświetlenie, ale spokojnie zrobimy to nad wodą !



Cała operacja zajmuje z ręką w zegarku minutę.

sobota, 17 października 2015

Street vol. 3

Dzisiaj nie mogłem usiedzieć na tyłku. Nad ranem spakowałem manatki i ruszyłem na street fishing. Niestety miałem wrażenie jakby wszyscy wędkarze z okolicy dowiedzieli się że jadę, chcąc zrobić mi na złość, idąc na wskroś mojemu często idealnemu poczuciu samotności podczas przedświtowych eskapad z wędką w ręku na starym mieście w Gdańsku.
Dzisiaj to samo. W sumie nie to samo, bo nie dość że pełno wędkarzy (pierwszy raz mi się to zdarzyło w tym roku mówiąc o jeszcze ciemnych godzinach porannych) to przy mojej miejscówce przez dwie godziny pracownicy pewnej restauracji rzucali ciężkie plandeki o beton.

Poszedłem dalej. Drugi rzut, przez chwilę ciągnąłem coś wyjątkowo małego, a tu przychodzi wędkarz. Szedł w wzdłuż murku spokojnym krokiem więc myślałem że chce papierosa czy coś. A on czy pożyczę mu podbierak. Koleś szedł przez jakieś 20-30 metrów wzdłuż murku z rybą, która miała może z 40 centów (nie mówię tu o okoniu, bo na takiego też bym dmuchał i chuchał). Spytałem czemu nie wziął takiej małej ryby górą, ale się uśmiechnąłem. Pomyślałem że może pierwszy sandaczyk w roku, czy coś. Ale potem skończyła się miła opowieść. Sandaczyk dostał dwa strzały w potylice o beton i skończył się jego Motławiany żywot w reklamówce.

Były dwie opcje. Albo kłócić się z kolesiem i popsuć sobie humor albo sprawdzić czy pracownicy skończyli rozładunek i czy znowu jak coś spadnie z łoskotem na chodnik z tyłu to nie podskoczę z wystrachu podczas gapienie się w szczytówkę. Wybrałem drugą opcję.

Powtórka z rozrywki, krótsza bo dużo mniej efektywnie łowiłem, ale dwa około wymiarowe sandaczyki i co najciekawsze leszcz wyjechały z wody przez godzinkę. Rybki na keitecha, w tym samym miejscu, w ten sam sposób pobierając przynętę. Podciągając gumę z dna, po prostu już tam siedziały. Był dzisiaj też jeden pstryk, ale te sandacze to nie pstrykacze ;D



czwartek, 24 września 2015

Jak dostałem łupnia.

Nie wiem dlaczego, ale pisząc to przychodzi mi na myśl taniec. A bardziej docelowo połączenie dwóch kultur.

Będąc zawodowym tancerzem, może inaczej; kimś trenującym na salach treningowych, startujących w zawodach i uprawiającym tańce klasyczne wychodząc na ulicę dostajemy dzwona. Po prostu dzwona. Będziemy reprezentować zupełnie inną technikę która niekoniecznie będzie się podobać na ulicy, jak i niekoniecznie będziemy umieli się odnaleźć wśród ludzi.

Podobnie jest z wędkarstwem. Nie każdy będzie umiał pogadać z chłopcami którzy wyskakują poszurać gumą po dnie, wypić piwko, pośmiać się. Nie będą wyglądać jak wędkarzy których widzimy na innych łowiskach, w kolorowych czasopismach. Będą też inaczej łowić. I na tym ostatnim chcę się przez chwilę skupić.

Klasyczny opad. Podbijanie gumy w dwutakcie nad dnem. Podwójne podbicie. Super czułe jednoskładowe wędziska. Rasowe X-Fasty. Z tym ostatnim to jest dopiero śmieszna rzecz. W Polsce wymyślili sobie, że najszybsze, kołkowate jednoskłady są do łowienia na gumy w opadzie. Czy tam koguty. Mniejsza. A tak na prawdę, łamerykańce wymyślili je do łowienia w krzakach, że jak zaczepią gumą, czy czymś na co akurat łowią mogli na siłę wyrwać coś z tej gałęzi. A my mające sandaczowego bzika, oczytani przez te głupie czasopisma, kupujemy jak barany takie kije i łowimy w ten infantylny sposób, na plecionki świecące się jak psu jajca, żeby cokolwiek wyczuć na tej pale do kogutów.

Na pewno ryba wali tylko o dno i ucieka.. Nie naśladujemy natury, a autorów czasopism. Bo tak modnie.

A u mnie dupa. Jestem młodą ofiarą artykułowych farmazonów. Ale łowię frytki. Widziałem hamburgery 70+ u innych. Ale co tam. Trzeba się uczyć. Od ludzi ulicy. Czasami przejdzie się nowobogacki wędkarz. Ale szybko pojedzie do domu. Bo nie biorą.

Zdjęcia frytek, może kiedyś będą większe..




A jak nie będą to przynajmniej popatrzę na elitę wędkarstwa. Nie w simsach a w adasiach. Z wędką  za 6 dych i plecionką Mikado za 30 złotych. To są sukcesy. A nie nowobogactwo na zaporówkach z 4 wędkami do opadu w zakresie główek 10 gram.



środa, 16 września 2015

Street fishing.

Ilekroć przechodziłem koło Motławy, tylekroć chciałem mieć ze sobą wędkę. Wiąże się to z wędkarskim DNA o którym już pisałem we wcześniejszych wpisach.



Pamiętam, że jako dziecko gdy zawsze podchodziłem do jakiejś wody to musiałem podejść. Wyobrazić sobie co tam żyje, zaczepić jakiegoś Pana z wędką, cokolwiek. Niestety, chociażby jeszcze 10 lat temu, byłem kompletnie niesamodzielny.

Co do Motławy to również zetknąłem się z tą wodą w dzieciństwie. Wycieczki szkolne i chodzenie po starówce z klasą. Najbardziej jednak przypominam sobie pewien sklep na starówce. Był to modelarski połączony z wypożyczalnią strojów, takich rycerzy, wróżek itp.

Pamiętam że jak miałem kilka lat to były w szkole te bale karnawałowe. Przebieraliśmy się. Ja sobie wybrałem strój Jedi. Bardzo lubiłem młodego Anakina jak się ścigał na tych "skuterach". Na wyprawę na starówkę czekałem bardzo. Aby popatrzyć sobie na modele w tym sklepie. I zawsze ryczałem w powrocie do domu, bo ani nad Motławę nie mogłem pójść, ani modelu kupić.

Lata mijały, a ja nawet jak byłem już na tyle samodzielny aby samemu moczyć kija jakoś odwlekałem tą wizytę. To Wisła, to jezioro, a to już trocie w Orłowie zaczęły gryźć. Dzisiaj oficjalnie pierwszy raz zamoczyłem kija.

W skrócie wypad uważam za udany. Woda typowo okoniowa sandaczowa. Twarde dno, z rozrzuconymi śmieciami na dnie. Cóż, w wodach starego miasta pływa wszytsko, ale rybą to raczej nie przeszkadza. Dzisiaj zaliczyłem hatricka. Złapałem najpierw spodnie (dokładnie je obejrzałem bo może ktoś zostawił tam jakąś przynętę), przyzwoitego szczupaczka i a na koniec jeszcze miałem na kiju sandaczowe dziecię.



Misja wykonana. Rachunki z dzieciństwa wyrównane. !

czwartek, 10 września 2015

Spacer nad Wielką rzeką.

Dzisiaj wędka była dodatkiem. Tak czasem trzeba.
Postanowiłem przewietrzyć głowę od okoni i wybrałem się nad Wisłę.
Rano było bardzo mglisto, sandacze nie pstrykały ale za to ja pstryknąłem kilka fotek.





Przetestowałem nową plecionkę, Power Pro.
Niestety okazała się najgorszą plecionką jaką miałem.
Daiwa, Dragon a nawet Mikado za 50 złociwszy to przy niej linki holownicze.
Sporo jej dzisiaj urwałem, ale nawet chyba mi jej nie żal.

Co do wody.. Woda.. Oglądając telewizję i nie będąc ani razu nad rzeką w okresie suszy, spodziewałem się jakiejś masakry. A zastałem po prostu obniżoną Wisłę. Patrząc na lata wstecz doświadczałem takiej wody, a jakoś w telewizji o tym nie trąbiono. Jedyne co się rzucało w oczy, to praktycznie zerowy uciąg. Przy flaucie, praktycznie nie sposób było dostrzec warkocza, a miejsca w których siła nurtu kiedyś zmuszała mnie do użycia 30 gram aby swobodnie dojść do dna, dzisiaj pozwalała na zejście nawet poniżej 15.

czwartek, 27 sierpnia 2015

Troszkę większe.

Ogólnie to tak. Zmiana pogody i porywisty wiatr nie napawały mnie optymizmem.
Rano jednak było w miarę spokojnie. Zanim wstało słońce doczekałem się dwóch brań, nieśmiałych ale obdarzyły mnie przyzwoitymi okoniami.

Dużo można by się rozpisywać na temat okoni, ale mają w sobie po prostu magie dzieciństwa, a z drugiej strony wymagają w dzisiejszych czasach bardziej specjalistycznych wędek jak i nietuzinkowych umiejętności. Ten wpis nie ma oczywiście opisywać mnie. W sumie bycie mistrzem byłoby nudne, wolę się cały czas rozwijać. Czy się rozwijam w dobrym kierunku ? Myślę, że tak. Na pewno pod względem mentalnym. Z czasem w mojej głowie, zaczynam rozumieć, że nie muszę nikomu nic udowadniać. Kolegom z forum, czy nawet sobie samemu. To hobby po prostu ma dawać mi radość, a jaka ona będzie i jak ją sobie zaserwuję wiem tylko ja sam.

Pięknie było poczuć w obrotówkę dwa pyknięcia i zobaczyć po miłym murowaniu krasne piórka..



Swoją drogą łowcy okoni to swego rodzaju wiedźmini. Często niedoceniani, gdzie zapatrzeni widzowie wolą oglądać ich mętnookich kuzynów. Tak woli ścisłości, ktoś kto regularnie łowi duże egzemplarze, tej pięknej ryby, zyska spokój ducha i na swój sposób będzie wyjątkowy. Wyjątkowy dla siebie samego i ludzi podobnych do siebie.

Życzę wszystkim odnalezienia swojego DNA.

A okonie jak to okonie. Dzisiaj polubiły przerobionego przeze mnie Meppsa dwójkę..

wtorek, 11 sierpnia 2015

Mgła.

Rysy lekko wędkarskie.

Smutne, często samotne, a przy tym jednak pełne nadziei w doścignięciu tak odległego wędkarskiego spokoju, radości, o której i tak szybko zapomnimy wyznaczając sobie nowe cele, ambicje.

Największe sukcesy i porażki osiągamy w samotności. To jest prawdziwe wędkarstwo. To co tkwi w nas.

Ale niestety, niewielu jest wędkarzy którzy potrafią łowić dla siebie, nie udowadniając nikomu na około swojej wartości.

A wędkarskie pikniki integracje, internety, fora ??
Dla mnie to nie wędkarstwo.
A może, mimo 22 lat mam za staro zakorzenione wędkarskie DNA i nie umiem podążać za modą ?
Uzewnętrznianie siebie, pokazywanie siebie nie powinno wiązać się z integracją. Dzieleniem się czymś. Tłumaczeniem.

Wolę być nielubianym i zadziornym szczeniakiem, niż osobom podporządkowującą się wędkarskiemu, internetowemu mainstreamowi.

Zachowajmy nasz wędkarski szczery uśmiech dla osób dla nas wyjątkowych, tych najbliższych.
Przy których po prostu czujemy się dobrze.



Dzisiaj też połapałem, ale jakoś nie chciało mi się pstrykać zdjęć ryb.

piątek, 7 sierpnia 2015

Przed upałem.

Pradawni wędkarscy bardowie głosili, że lepsza kiepska pogoda ale stabilna.
Lepiej by pasowało niechlujne słowo na "ch", ale muszę popracować nad wartością mojego języka.
Ogólnie raczej osoby piszące w gronie wędkarskim nie używają wulgaryzmów.
Zły ja..

Ale do meritum. Według mnie lepsze są stabilne upały, niż nagła zmiana pogody.
Dzisiaj rano ryby brały krótko, ale brały. O 6 można było zwijać się do domu.





Sporo grzybów ukazało się w ściółce pomorskich lasów i łąk.
Na zdjęciu grzyb potocznie zwany "kanią".


Nie chcę mi się ruszać z domu w te upały. W niedziele może ruszę rano w poszukiwaniu pasiaków, a w przyszłym tygodniu być może zagoszczę na pojezierzu brodnickim, zmieniając aurę.

Kto wie co przyniesie mój wędkarski los.

piątek, 10 lipca 2015

Okoniowe zakupy.

Każdy z nas lubi robić zakupy. No dobra może inaczej..

Każdy z nas lubi robić wędkarskie zakupy !

Jak mam iść do galerii i przeglądać jakieś ciuszki to cholera mnie bierze. Pełno ludzi przewijających się wszędzie. Teraz w lato jest jeszcze gorzej.

Przykładowa rodzinka; ojciec w krótkich spodenkach i w japonkach, który od niechcenia przemieszcza się klapcząc po galeryjnej podłodze. Włóczy tymi japonkami i włóczy. Oczywiście nawet jak na dworze piździ to musi pomykać w zestawie iście plażowym, no bo przecież trzeba wszystkim pokazać w galerii, że przyjechało się z jakiegoś Radomia na wakacje.

Obok synek, z lodem w ręku. Podobnie ubrany. Czekający w kolejce aby napełnić sobie kubek przy stoisku KFC jakimś Spritem.

Na koniec matka czekająca przy uwalonym stoliku, często nie sprzątniętym przez poprzednich gości odcinka "restauracyjnego" w GB.

........................................................

BLEEE.

Do wędkarskiego też jakoś średnio lubię chodzić. Znaczy się lubię, ale zależy do jakiego.
Jakoś w moim stylu są małe sklepiki, które prowadzi jakiś miły Pan, często z żoną. Zawsze poda rękę, doradzi, powie co słychać na łowiskach w okolicy. Zapewne jego asortyment nie będzie taki wielki jak przy halowych sklepach, ale te sklepiki mają swój klimat. Co tam, że nie jest jakimś PRO wędkarzem, jak personel w sieciówkach, ale ma swego rodzaju wędkarskie DNA.

Nawet po głupie robaki można iść, aby zamienić słowo. A w sieciówkach ? Często bierze się koszyk, coś tam się w wrzuci, przejdzie się od stoiska do stoiska, pomaca się jakieś kije i tyle. A sprzedawcy, często mają w dupie jakiś szarych klientów i w ich minie widać łaskę, że się czegoś potrzebuję albo że coś się popsuło. Ze znajomymi zamienią słowo, a tak jakieś stosunki z klientem mają w dupie. Zresztą co się dziwić. Trzeba przyjść do pracy, przeżyć jakoś od poniedziałku do piątku i w weekend pojechać na ryby. Co innego jakiś Pan Janek który prowadzi swój mały własny interesik, chcę być z klientami w dobrej komitywie. I często pochodząc z małej miejscowości ma z urodzenia empatie, która dostrzega rozmówca.

Ostatnio lubię robić zakupy przez internet. Wyrobiłem sobie jakiś gust jeśli chodzi o produkty wymienne; czytaj główki, przypony, gumy itp. Wtedy można zamówić dokładnie co się chce i jeszcze nam to przywiozą do drzwi.

Ja polecam sklep fishing-mart. Zawsze wszystko na czas, zawartość zgodna z zamówieniem, dobry kontakt drogą mailowa, ceny przystępne. O to moje małe okoniowe zakupy. Wiem, że bardzo monotonne, ale moja wina że moje okonie lubią to, a nie co innego ? ; )



środa, 8 lipca 2015

4K

Dzisiejszy wypad okoniowy nie był zbyt owocny, ale przetestowałem nowy sprzęt do nagrywania.
Mam nadzieję, że po przerwie spowodowanej zabiegiem, dostaniemy coś większego.

; )







wtorek, 7 lipca 2015

Coś fajnego.

Ostatnio podczas mojego przymusowego siedzenia w domu do głowy przyszły mi nowe pomysły na bloga.

Blog według mnie jest pewną formą przekazu co u nas słychać. Oprócz jakiś spontanicznych relacji, warto wprowadzić jakieś stałe elementy programu. Jednym z nich będzie "szczere spojrzenie", a teraz chciałbym ruszyć z "coś fajnego". Co powiedzmy miesiąc będę opisywał kilka ciekawych produktów wędkarskich, które w ostatnim czasie mi się sprawdziły bądź po prostu spodobały. A więc do dzieła.

Ostatni miesiąc widać po wpisach był okoniowy. Zacznijmy od przynęt.

Dragon Bandit, Mans Predator.



Wspomniane Bandity mimo mody na werdykalne, praktycznie nie pracujące gumy sprawdzają mi się znakomicie. Zabawę z nimi zacząłem od wiślanych sandaczy, gdzie udowodniły swoja skuteczność. Ich spory, ciężki korpus przy mocnej wyczuwalnej na wędce pracy ogonowej super wabił również okonie. Na główkach 5 gram, podczas opadu wabik prawie zastyga w toni. Super na płytkie, zarośnięte łowiska. Moim okoniom bardzo się spodobały.


Predator to klasyka. Chyba każdy z nas ma to w swoim spinningowym arsenale. Przy główce piątce pracuje w opadzie dużo żwawiej, fajnie nad dnem podbić go na dwa razy szczytówką przy styku roślinności i otwartej wody.


Savage Gear 3D Pop

Dotąd unikałem popperów. To był na pewną błąd ! Nie zawsze oczywiście okonie są na tyle aktywne żeby wychodzić do powierzchniowych wabików, ale w pewnych sytuacja mogą dać radość wędkarzowi. W skrócie wobler wybitnie zadaniowy, przy tym cholernie efektowny jeżeli chodzi o branie. I szczupaki nim nie pogardzą. Super na zarośnięte miejsca. Przy słonecznej flaucie warto trochę popluskać. ; )



Wahadełka CF

Niekiedy niezastąpioną bronią okazuje się żelastwo. Ostatnio rano okonie wyskakiwały praktycznie tylko do wolno prowadzonych wahadełek z przerwami i nieregularnymi podrygiwaniami szczytówki.





A na koniec gazetka z tytułową rybą,

Niestety w mojej obecnej sytuacji budżetowej nie mogę sobie pozwolić na sprzęt muszkarski, ale gazetę bardzo polecam. Super artykuły, piękne zdjęcia. Nie dość, że wysoki przekaz merytoryczny to jeszcze ozdobi naszą półkę, bądź stolik w salonie.